nic mi sie nie chce i wszystko mnie wku..wia

Zawiedzeni sobą

Witam

Mam takowy problem, że jestem młody (22lata) i całe życie przede mną, a czuje się jakbym był starym dziadem. Nic mi sie nie chce a zarazem chce. Studiowałem, miałem iść na 3 rok, rzuciłem studia, bo mnie wkurwiały pomimo, że chciałem być na tym kierunku jednakże inaczej go sobie wyobrażałem, mimo to wkurwia mnie to że je rzuciłem. Chce iść do wojska a zarazem nie chce bo wkurwia mnie to, że pierwszy rok będe musiał spędzić w koszarach a ja z reguły lubie i cenie swoją prywatność a nie 10 chłopa na 40m2. Mam nawet hobby, choć nawet jego nie chce mi sie już uprawiać(a może bym i uprawiał jakbym miał większe możliwości finansowe niż teraz). Miałem też kochającą dziewczynę, lecz związek rozpadł się po 2.5 roku bo wolałem pracować niż przyjść do niej, choć nie do końca bo byłem na takim stanowisku, że nie miał mnie kto zastąpić a pracowałem w takich godzinach, że albo miałem przyjść do niej z samego rana albo w środku nocy. Aktualnie nic nie robie bo nic mi sie nie chce a zarazem chce. Nie pracuje bo, w sumie pracy nie ma a jak już jest to praca do której trzeba specjalne papiery a jak już sie uda mi załapać(jeśli chodzi o wymagania) to praca typu "zapierdol jak w kopalni 12h za najniższą krajową" i to mnie odpycha. Nie żebym bał sie pracy bo każda robota jaką wykonywałem wymagała jako takiej tężyzny fizycznej czasem aż nad moje możliwości jednak sie nie poddawałem bo widziałem w tym cel. Teraz jednak brakuje mi tego celu w życiu. Stałem się cholernym minimalistą, żeby dało rade tylko zjeść(choć ostatnio nawet jeść mi sie odechciało i jem raz dziennie ok. 15) i sie wyspać, bo nawet na piwo z kolegami już mi sie chodzić nie chce. Najchętniej to spałbym cały czas bo w snach moge robić co chcę a w życiu nie.

Czy ja jestem zwykłym leniem czy coś bardziej mi dolega?

mam podobnie.. wprost zero chęci do życia.!!
nawet na kompie mi się siedzieć nie chce nic mi się nie chce!! na portalach spłecznościowych typy nk lub fb banda debili.. w szkole badna debili w domu wszyscy się czepiają....
nie chce się wstawać rano nie chce się jeść
nie wiadomo co zrobić ze swoim życiem nie wiadomo co wybrać co robić w życiu zero jakich kolwiek celów a jeśli już jakiś mam to nie mam siły na realizacje..
nie wiem co się dzieje ale chęć do życia odchodzi te uczucia kojarzą mi się z jakimś powolnym umieraniem wszytko wokół dobija..zabija..męczy

Mi również sie nic nie chce i wszystko mnie wkurw*ia mam 20 lat i co z tego..?Moja matka zmarła tylko jej ufałam ojciec alkoholik i wdodatku sie znecal nad nami...masakra wyprowadzilam sie z chaty majac 18 lat odrazu po 18 wyjechalam za granice ale co z tego skoro tam wpadłam w dragi zarabialam na to zeby sie naćpać mam plany ale ich nie mam bo zaraz rezygnuje chce żyć a zarazem nie chce no bezsens jakiś co ja mam zrobic...mam małe dziecko i tylko ono mnie trzyma przy zyciu bo przeciez go nie zostawiee kocham najbardziej na swiecie ale musze sie meczyc sama ze soba nie mam jakichs wad nie jestem gruba ani brzydka czy cos poprostu nic mi sie nie chce i wszystko mnie wkurwia brak mi wsparcia ?Sama nie wiem...
Dużo do opisania bym miala ale nie chce mi sie klepac w te klawiature bo mnie denerwuje wogóle mialam cel nagrywalam pisalam wierszem zajawka ale to uciekło z przyjsciem dziecka wszystko uciekło i sie zjebało masakra macie podobne problemy piszcie z checia sobie porozmawiam z wami bo jak czytam wasze historie to jakbym ja je napisala i czesto wystepepuje patologia w rodzinie u kazdego z was ...To moje gg 12923421 POzdrawiam

ej to jest klasyk. martwi mnie wasz mlody wiek, ale teraz wiadomo- o depresje latwiej i jak sie okazuje szybciej. iddzie do lekarza. Psychologa. dostaniecie proszek i z glowy (ja nie chce lyklac proszkow ani psychotropow!- to nie tak. chodzi o zaburzenia hormonalne, a to was wyprostuje)

Mam 21 lat
wierzyć się nie chce że jestem sam, a myślałem że jestem sam :/

Czuje się tak samo dokładnie tak jakbym był starcem
Nie mam siły na nic......nic ale to nic mi się nie chce, też studiowałem złożyłem już dwa razy papier na ten sam kierunek na inne uczelnie,na który zawsze zresztą od dzieciństwa chciałem iść, ale co z tego ku**a kiedy zrezygnowałem tak samo szybko....nie wiem może to szkołę średnią ,gdzie uczyłem się czegoś , czego nienawidziałem z całego serca, wszyscy w domu mówili do mnie "ale za to na studiach będziesz się uczył czego innego" no tak tylko jak kiedy nie mogę w sobie zebrać chociaż minimalnej siły do zrobienia czegokolwiek
jak znajdę sobie jakąś prace to to nie mogę w niej wysiedzieć bo wmawiam sobie że jestem tam od czasu szkoły średniej nie miałem towarzystwa bo mnie wszyscy drażnili nie mam znajomych bo kiedy przebywam z ludźmi to zwyczajnie drażnią mnie a rozmowa przechodzi w kłótnię, o dziewczynie mogłem zapomnieć bo gdybym ją miał pewnie teraz byłoby ze mną jeszcze gorzej. Cały czas sam siedzę w domu , gdy wytyczę sobie jakiś cel chociażby z minimalnym wysiłkiem to tak za*****cie jest mi go ciężko zrealizować strach tego że nigdy mi się nic w życiu nie uda...uczucie że jestem jakimś przegrańcem....jestem po prostu niepotrzebny ,często zdarza się że wpadam płacz z byle jakiego powodu..no ale cóż bywa......

hmm no tak jestem chyba nienormalny......

Mam podobnie do większości a może warto skoro nie możemy odnaleźć się w normalnym świecie spróbować w naszym. jest sporo osób które mają podobną sytuację fajnie było by się poznać, może jakiś wypad w jedno wspólne miejsce taka odskocznia, spontan, coś nowego, ciekawi ludzi, wymiana zdań, zwykłe coś :).....co wy na to..

****jestem tam od czasu szkoły średniej****

'' jestem tam gdzie nie powinienem być , A od czasu szkoły średniej"

chociaż kto to przeczyta...

***wierzyć się nie chce że jestem sam, a myślałem że jestem sam :/***

"wierzyć się nie chce że nie jestem sam,
a myślałem że jestem sam "

weź się kurwa poweś ; ) Jeden problem mniej !

Mam tak samo. 21 lat ide na 3 rok na studia a nie mam siły. Wstaje rano i jestem tak zmęczona ze nie daje rady, jedyne co robie to jem i leze w łóżku. Na dodatek mam nerwice lękową i nie wiem co mam zrobić, bo nie chce miec na bani ;(;(;(

jakbym czytala o sobie;(

czytam wasze wypowiedzi i w każdym poście wiedze trochę wspólnego ze mną. wkurwia mnie moje Zycie, jest do dupy i nic mi Sie nie chce na nic nie mam ochoty. Zresztą czuje Sie nie potrzebna:(. jestem na pierwszym roku studiów które w ogóle mnie nie interesują zresztą mam sesje poprawkowa na która nie chce mi Sie uczyć i wiem ze nie zaliczę. zmarnowałam cały rok na te jebane studia i kase która teraz by Sie przydała. nie zaliczając tego roku udowodnię ze jestem słaba i zawiodę bliskich. ale nie zaliczając roku uwolnię Sie od tej męczarni. Myślałam jaki Nick wybrać. Postanowiłam ze będę „niepotrzebna” , gdyż ostatnio tak jest w domu nikt się mną nie interesuje i wszyscy maja na mnie wyjebane…………chciałam pomoc siostrze ale nie potrafię może gdybym jej pomogła w końcu inni by mnie zauważyli i się dowiedzieli czego chce a co mi się nie chce. Nawet nie mam faceta przyjaciół ostatnio moim przyjacielem jest komputer. Mimo ze czasem wychodzę do znajomych to i tak czuje się samotna i nie potrzebna czasem się zastanawiam po co zyje? Nie wiem co chce robic w zyciu nie znam sensu swego życia a chciałabym mieć jakis cel. Zauważyłam ze jest wielu ludzi podobnych do mnie co mnie cieszy

Mam podobnie do większości a może warto skoro nie możemy odnaleźć się w normalnym świecie spróbować w naszym. jest sporo osób które mają podobną sytuację fajnie było by się poznać, może jakiś wypad w jedno wspólne miejsce taka odskocznia, spontan, coś nowego, ciekawi ludzi, wymiana zdań, zwykłe coś :).....co wy na to..

No to teraz wszystkich zagnę. Ja nawet nie mam ochoty do leżenia! Myślę sobie, że od takiego leżenia chyba bym zwariował, bo leżąc i nic nie robiąc, zaraz zacząłbym myśleć o tym, jaki ten świat jest zniszczony przez żądzę pieniądza, że wszystko jest bez sensu. Zacząłbym się także użalać nad sobą i z pewnością nic dobrego by z tego nie wyszło. Dlatego też codziennie zmuszam się, żeby wstać, choć tak naprawdę nie mam pomysłu na siebie, czym by się zająć, a nawet jeśli mam pomysł, to nie robię niczego z entuzjazmem, bo nic mnie nie bawi. Po prostu "zabijam czas". Ogólnie czuję się wypalony życiem... A próbowałem już naprawdę wielu rzeczy. Jak obecnie wygląda moje życie? Otóż mam 24 lata i od października, po 4 latach studiowania będę na trzecim roku studiów (miesiąc temu zdałem sesję na studiach i mam "wakacje". Studiuję na kierunku, który kompletnie mnie nie interesuje (studia techniczne). Po kiepsko zdanej maturze, nie miałem praktycznie żadnego innego wyboru, a nie miałem pieniędzy, żeby iść na studia zaoczne, choć nawet gdyby te pieniądze były, to po prostu nie miałbym żadnego konkretnego pomysłu, na co się wybrać. Tak naprawdę nauka zawsze była u mnie na drugim planie i nie myślałem nad swoją przyszłością, ponieważ byłem całkowicie pochłonięty swoją pasją - trialem rowerowym i żyłem chwilą. Liczyła się dla mnie tylko teraźniejszość, choć wiedziałem, że ta bajka prędzej czy później dobiegnie końca. Sportem tym zacząłem się interesować jakoś w pierwszej klasie gimnazjum. Czym zajmowałem się wcześniej poza nauką? Zawsze byłem energicznym dzieckiem, pełnym zapału i radości. Bardzo lubiłem grać w piłkę nożną i jeździć na rowerze. Pamiętam, że potrafiłem całymi dniami grać na boisku z kolegami. Nic innego się dla mnie nie liczyło. W wakacje wyjeżdżaliśmy z rodziną na wczasy. Moje życie było naprawdę barwne. Niczego mi nie brakowało, chociaż muszę tutaj wspomnieć o jednej ważnej rzeczy. Mój ojciec jest alkoholikiem, a moja mama cierpi na depresję dwubiegunową i regularnie bierze lekarstwa. Z ojcem przez całe swoje życie miałem mnóstwo nieprzyjemnych i bardzo wstydliwych historii. Myślę, że to mnie w jakimś stopniu wykończyło psychicznie mnie i moją rodzinę. Mama kiedyś tak często nie chorowała, a obecnie potrafi chorować parę miesięcy, natomiast być zdrowa przez powiedzmy miesiąc, o ile w ogóle... Jak jest zdrowa, to po krótkim czasie dostaje manii (tak jakby zdrowa aż za bardzo) i zaczyna jej odbijać. Robi bardzo dziwne rzeczy, np. raz ubzdurała sobie, że ma własną firmę i wyrobiła sobie pieczątkę, innym razem malowała się i cały czas psikała dezodorantami, jeszcze innym razem zaczęła przestawiać wszystkie rzeczy w pokoju, że ich potem nie dało się znaleźć, albo zaczęła wyrzucać wszystko z łazienki do śmietnika!!! Wylała mi nawet mój płyn do soczewek kontaktowych. Gdy ją zamknąłem w piwnicy, żeby się opamiętała (miałem już jej naprawdę dość), to porozbijała wszystkie lampy i wylała z puszki farbę przez okno na podwórko i zaczęła wszystko przez to okno wyrzucać. Normalnie można było zwariować od tego wszystkiego. Punkty kulminacyjne zdarzały się zwykle w momencie, gdy jednocześnie ojciec był w ciągu alkoholowym, a mama w "manii". To było istne piekło. Dochodziło nawet do tego, że zamykałem mamę i ojca w sypialni, żeby nic głupiego już im do głowy nie strzeliło (mama zaczęła wyrzucać rzeczy przez okno i się wydzierać, a ojciec zesikał się do łóżka - to już nie pierwszy raz). Właśnie w takim dniu jechałem na uczelnię zdawać egzamin z fizyki. Naprawdę ciężko było mi się skupić, ale zdałem. W dniu, w którym dowiedziałem się, że zaliczyłem sesję, nikt mi nawet nie pogratulował. Gdy wróciłem do domu, mamy już nie było (ojciec zawiózł ją do szpitala psychiatrycznego - opamiętał się po tym jak przeleżał parę dni w zamkniętej sypialni i dostał ultimatum od mojego brata, że zostanie wypuszczony pod warunkiem, ze zawiezie mamę do szpitala i już nie będzie pił). To tyle historii o moich rodzicach w dużym skrócie. Wracając do mnie. Do klasy 5 miałem świadectwa z czerwonym paskiem i byłem wzorowym uczniem i człowiekiem bez żadnej skazy. W tym okresie mama jeszcze tak często nie chorowała. Co prawda, ojciec pił i często były w domu awantury, ale jakoś to znosiłem. Było też bardzo dużo radosnych chwil, które nadrabiały te ponure dni, np. wyjazdy na wczasy. Myślę, że wszystko zaczęło się powoli psuć od 6-tej klasy podstawówki. Właśnie wtedy zacząłem miewać momenty, że bardzo się nudziłem i nie miałem za bardzo co ze sobą zrobić. Piłka nożna jakoś mi się powoli nudziła. Z nudów zacząłem z kolegą topić smutki w alkoholu. I tak się zaczęło... Piliśmy dosyć często. Opuściłem się przez to w nauce, ale z drugiej strony, w tym okresie byłem najbardziej towarzyski. Spotykaliśmy się w większej grupie, chodziliśmy na wagary, itd. Trwało to około rok czasu, a skończyło się na tym, że pewnego dnia przeholowałem i rodzice poznali, że jestem pod wpływem alkoholu. Przez ten incydent nie pozwolili mi iść do kolegi na sylwestra, na którym miało być dużo alkoholu. Od tamtej pory już nie piłem, ale zamknąłem się w sobie. Stopniowo było coraz gorzej. W szkole zacząłem się wszystkim bardzo stresować. Przestałem być towarzyski. Pokłóciłem się nawet z moim najlepszym kolegą. Pewnego dnia zainteresowałem się wyczynami moich kolegów na rowerach i wtedy też powiedziałem sobie, że też tak chcę umieć. Było to już w pierwszej klasie gimnazjum. Od tamtej pory codziennie po szkole wychodziłem na rower i uczyłem się skakać. Tak spędzałem całe dnie. Myślę, że przez ten czas bardzo zamknąłem się w sobie. Nie interesowało mnie nic innego. Po około roku czasu, wkręciłem w to jednego z moich kolegów i od tamtej pory ćwiczyliśmy razem. Tak mijały kolejne miesiące, lata. W szkole coraz bardziej się opuszczałem i stawałem się "nieobecny". Moje życie zaczynało się po szkole. Po pewnym czasie doszliśmy z kolegą do takiego poziomu, że zaczęliśmy nagrywać filmy z naszym udziałem i umieszczać na forum. To był nasz sens życia. Nie widzieliśmy nic innego poza rowerem. Nic innego się dla nas nie liczyło. Na życie towarzyskie nigdy nie było czasu i nie myślałem o tym zbytnio. Tak mijały kolejne lata. Skończyłem gimnazjum i za namową rodziców udałem się do technikum elektronicznego. Na samym początku był istny koszmar. Nie potrafiłem się zintegrować z grupą, byłem bardzo zestresowany, do tego stopnia, że nie potrafiłem panować nad sobą i z nerwów np. głowa mi się trzęsła. W końcu nie wytrzymałem i zacząłem wagarować. Było to zdaje się w pierwszej klasie technikum. Byłem psychicznie załamany. Przerastała mnie ta szkoła, nie miałem siły do nauki, ani do życia towarzyskiego, bo byłem w całości pochłonięty trialem rowerowym. To był fanatyzm. W końcu dostałem takiego doła, że postanowiłem skończyć ze sobą. Miałem już wszystko dokładnie zaplanowane. Chciałem się upić, a następnie powiesić. Wierzcie mi, że byłem naprawdę zdeterminowany. W tym dniu nie poszedłem do szkoły. Chciałem zrealizować swój plan. Najpierw poszedłem do supermarketu, żeby kupić coś słodkiego (coś w rodzaju ostatniego życzenia - sprawienia sobie drobnej przyjemności). Następnie miałem iść kupić alkohol. Jak to się skończyło? Doprawdy, nie wiem jakim cudem, ale zdarzył się taki cholernie dziwny zbieg okoliczności, że przy supermarkecie spotkałem swoją mamę!!! Dodam jeszcze, że ten supermarket jest kilka km od naszego domu i mama praktycznie nigdy tam nie kupowała!! Akurat tego dnia wybrała się dokładnie do tego supermarketu i dokładnie o tej godzinie!!! Wiedziała, że powinienem być o tej porze w szkole. Powiedziałem jej o swoich problemach w szkole i rozpłakałem się (nic nie wspomniałem o tym, że właśnie zamierzałem ze sobą skończyć). Na drugi dzień, mama poszła ze mną do szkoły wyjaśnić moją nieobecność. Powiedziała mojej wychowawczyni, że bardzo się stresuję i to wszystko mnie przerasta. Od tego momentu zacząłem odwiedzać szkolnego psychologa. Przestałem już wagarować, myśli o skończeniu ze sobą jakoś odeszły i zacząłem konfrontować się z problemami. Nie było łatwo, ale jakoś to ciągnąłem dalej... Mojemu życiu cały czas nadawał sens tylko rower i nagrywanie filmów. Tylko to trzymało mnie przy życiu. Tak mijały kolejne lata. Jakoś zdawałem ledwo do następnych klas, ale moje oceny były tragiczne. Nie starałem się wcale, bo nie widziałem w tym żadnego sensu. Dopiero w ostatniej klasie technikum coś drgnęło. Powiedziałem sobie: "Koniec z obijaniem się w szkole. Jeśli chcę zdać maturę, to muszę się do niej porządnie przygotować i nadrobić te stracone lata.". Chciałem też pokazać innym, że potrafię coś osiągnąć. Myślę, że poniekąd nauczył mnie tego rower. Zdałem sobie sprawę, że tylko ciężka i regularna praca nad sobą, może przynieść efekty. Dodatkowo, postanowiłem w zimę zacząć ćwiczyć na siłowni w naszej szkole. Zachęciły mnie do tego filmy jednego "trialowca", który właśnie ćwiczył na siłowni i widać było, że efekty po tym są kosmiczne. Miał niesamowity wyskok, dynamikę i siłę. Wyedukowałem się w dziedzinie zdrowego odżywiania (czytając fora internetowe), zaplanowałem szczegółową dietę na przybranie masy mięśniowej oraz szczegółowo rozpisałem plan treningu. Mój dzień był naprawdę bardzo dobrze ułożony. Był czas na trening, na przygotowywanie posiłków, na naukę, na odpoczynek. Czułem, że idę we właściwym kierunku. Nawet jakoś bardziej zacząłem się integrować ze swoją szkolną grupą, choć nadal bardzo się stresowałem i obawiałem "odpowiedzi ustnych". W szkole byłem zawsze przygotowany. W ferie zimowe przeczytałem chyba z 7 lektur szkolnych (nigdy wcześniej nie czytałem żadnych lektur!). Prezentację ustną z języka polskiego miałem już gotową na kilka miesięcy przed maturą. W szkole dostawałem dobre oceny. Ogólnie rzecz biorąc, byłem wtedy naprawdę wzorem do naśladowania. Gdy nadeszła wiosna, przestałem ćwiczyć na siłowni, a zacząłem skakać na rowerze. Chciałem sprawdzić swoje rezultaty po siłowni. Okazało się, że naprawdę dużo mi to dało i byłem wtedy w szczytowej formie. Nagraliśmy z kolegą kolejny film, na którym były najlepsze jak do tej pory akcje. W końcu nadszedł okres zdawania matury i egzaminu zawodowego. Powiem, że jakoś sobie z tym wszystkim poradziłem, bo naprawdę się starałem. Egzamin z matematyki jednak nie poszedł po mojej myśli. Myślałem nawet, że go nie zdam, ale wyniki pozytywnie mnie zaskoczyły. Jednak się udało! Egzamin zawodowy również zdałem przy zdawalności wynoszącej około 20%, więc nieźle. Byłem z siebie zadowolony. Po ukończeniu technikum, w moim życiu nastąpiła jakaś taka pustka. Nagle zacząłem tęsknić za ludźmi, z którymi codziennie uczęszczałem na zajęcia. Uświadomiłem sobie, że już nigdy nie będzie tak jak dawniej, już nigdy nie zasiądziemy razem w jednej klasie i nasze drogi się rozejdą. Zacząłem też żałować, że dopiero tak późno się zintegrowałem z grupą. Przez pierwsze 3 lata technikum, byłem strasznie nieobecny. Nie jeździłem na żadne obozy, wycieczki, nawet do kina. Zawsze miałem na ten dzień usprawiedliwienie od mamy (dla niej to była oszczędność pieniędzy) i mogłem sobie wyjść potrenować na rower z kolegą. Dopiero w ostatniej klasie zacząłem być bardziej aktywny, ale to już było trochę za późno. Tamte wakacje były dla mnie bardzo przygnębiające. Zaczęła mnie przerażać wizja studiów, które wybrałem niejako z "przymusu". Do tego bałem się nowego otoczenia, wiedząc do czego mnie to doprowadziło parę lat temu, gdy zacząłem chodzić do technikum. W tamte wakacje również po raz pierwszy zaczął mi się nudzić trial rowerowy. Jako, że nie ćwiczyłem już jakiś czas na siłowni i przestałem prowadzić restrykcyjną dietę, moje wyniki nie polepszały się, a wręcz przeciwnie. Psychicznie zacząłem odczuwać, że się "cofam". Dodatkowo, zacząłem odczuwać, że moje życie jest bardzo monotonne. Tylko trial i trial, nic ponadto. Wszystkie miejscówki miałem już objeżdżone, wszystkie możliwe triki już umiałem, wszystko już ponagrywane. Powoli zacząłem odczuwać, że wypalam się w tym sporcie. Punktem kulminacyjnym były zawody, na które postanowiłem się wybrać z kolegami i bratem. Czułem się na nich bardzo nieswojo. Bardzo mnie stresowało to, że jestem w centrum zainteresowania podczas pokonywania danego odcinka toru. W tym momencie byłem obserwowany przez wielu ludzi, a ja jestem trochę zakompleksiony i mam niskie poczucie własnej wartości. Nie potrafiłem również nawiązać jakiejś rozmowy z moimi rówieśnikami, byłem strasznie nieśmiały. Wewnętrznie czułem, że to nie jest odpowiednie miejsce dla mnie. Było zbyt dużo szumu, zbyt dużo ludzi. W tym dniu postanowiłem, że skończę z trialem rowerowym i spróbuję czegoś innego. Zrezygnowałem z dalszego uczestnictwa w tychże zawodach. Próbowałem jakoś się "ukryć" przed innymi przy każdej możliwej okazji. Wyczekiwałem już tylko na moment, gdy moi koledzy będą chcieli już wracać do domu. Za wszelką cenę starałem się nie pokazywać, że jest coś nie tak. Kilka dni po zawodach, wystawiłem ogłoszenie sprzedaży swojego roweru. Mówiąc wcześniej o tym, że chciałem spróbować czegoś innego, miałem na myśli również fakt, że chciałem znaleźć dla siebie jakąś pracę. Z finansami było u mnie naprawdę kiepsko, a trial tylko coraz bardziej mnie pogrążał, gdyż części rowerowe szybko się zużywały i trzeba było je wymieniać na nowe, a te z kolei są bardzo drogie. To m.in. było również powodem moich kompleksów na zawodach. Pojechałem tam w starych ciuchach, dziurawych butach i na "rozpadającym się" rowerze. Kończąc z trialem, chciałem również spróbować czegoś innego, nie chciałem już trwać w tej wiecznej monotonii. Myślałem też o poznaniu jakiejś dziewczyny. Jak do tej pory nigdy nie miałem żadnej dziewczyny i nie wiedziałem jak to jest... No ale niestety nic z tego nie wyszło. Po sprzedaniu roweru do trialu, zacząłem jeździć na swoim rowerze górskim, który kupiłem za pieniądze otrzymane od rodziców w nagrodę za zdanie matury. I znów to mnie bardzo pochłonęło. Przez ten czas bardzo zamknąłem się w sobie. Z nikim nie rozmawiałem i nie miałem już nawet z kim jeździć. Do tego miałem świadomość, że "opuściłem" kolegę, z którym przez tyle lat wspólnie uprawialiśmy trial. Z nikim się nie spotykałem, nikt mnie nigdzie nie zapraszał (nawet się nie dziwię, skoro przez tyle lat byłem mistrzem asertywności). Cały czas chciałem coś zmienić, lecz nie potrafiłem. Nie miałem odwagi, żeby się umówić na jakąś randkę, gdyż cały czas sobie wmawiałem, że nie jestem ciekawą osobą. Myślałem również, że jestem jakiś "inny", nie z tego świata. Dodatkowo, cały czas miałem tą świadomość, że gdy przebywałem między ludźmi (na zawodach), to chciałem stamtąd jak najszybciej uciec. Tak cholernie mi wtedy brakowało kogoś bliskiego... Jakoś mniej więcej w połowie wakacji postanowiłem sobie, że wyjdę z tej pustej egzystencji i znajdę sobie jakąś pracę. Myślałem nad pracą w firmie kurierskiej, w której zatrudnił się mój kolega, lecz z drugiej strony bardzo się tego obawiałem. Nie wiem jakim cudem, ale mniej więcej w tym samym okresie odezwał się do mnie na gadu-gadu stary, dobry znajomy trialowiec, z którym nie rozmawiałem może z parę lat! Rozmawialiśmy trochę. W końcu zeszło na temat tego, czym się obecnie zajmuje i zwierzył mi się, że znalazł ciekawą pracę, w której zarabia 10000zł miesięcznie i jest to praca siedząca w domu przed komputerem. Pomyślałem wtedy, że ten znajomy spadł mi z nieba. Akurat w takim momencie, gdy zamierzałem iść do pracy. Tyle tylko, że była to praca dosyć nietypowa oraz bardzo ryzykowna, w której na dobre wyniki trzeba było sobie ciężko zapracować (nie chcę konkretnie mówić, co to za praca, ale można ja porównać np. do gry na giełdzie). W tym dniu postanowiłem sobie, że poświęcę się tej pracy w pełni i osiągnę to, do czego doszedł mój kolega. Początki były bardzo trudne i bolesne. Przez pierwsze miesiące byłem tak tym pochłonięty, że nie myślałem o niczym innym. Rower zszedł na dalszy plan. Wcale nie myślałem o tym, że mi brakuje kogoś bliskiego. Te wszystkie myśli jakoś odeszły. Wakacje szybko minęły i przyszedł czas studiów, a ja nawet nie miałem czasu pomyśleć o tym jak je zmarnowałem. Od października 2007 roku zaczął się koszmar. Nowe środowisko, w którym kompletnie się nie odnajdywałem, bardzo dużo nauki i trudnych przedmiotów, a po uczelni zaraz ciężka i żmudna praca przed komputerem do późnej nocy, a czasem i do rana! Powoli się wyniszczałem takim trybem życia. Moja kondycja fizyczna spadała w drastycznym tempie, ale nie myślałem wtedy o tym. Dodatkowo, przez pierwsze 3 miesiące swojej pracy przed komputerem, traciłem zainwestowane pieniądze (nie byłem w tym jeszcze dostatecznie dobry). To było największe piekło, przez które w całym swoim życiu przeszedłem. Moja determinacja była jednak coraz większa. Chciałem za wszelką cenę móc oderwać się od tych studiów oraz otaczającego mnie środowiska. No i w końcu po 3 miesiącach ciężkiej pracy, powoli zacząłem wychodzić na plus. Zrobiłem się strasznie łasy kasę. Chciałem zarobić tyle pieniędzy, żeby mi starczyło na całe życie (to było spowodowane moim lękiem przed przyszłością oraz przed brakiem pieniędzy). Myślałem, że pieniądze załatwią wszystko. Cały czas konsekwentnie wypełniałem swój plan. Pisząc ten post, jestem pełen podziwu dla tego, jak bardzo byłem wtedy zdeterminowany do działania. Mijały miesiące. Udało mi się zdać pierwszy semestr na studiach (wtedy jeszcze bardzo się przykładałem do nauki, bo bałem się, że bez tego nie będę miał już żadnych perspektyw na przyszłość). Całe ferie spędziłem, pracując w domu przed komputerem. Rozmawiałem jedynie z moim kolegą na gg, który dawał mi wskazówki jak stawać się coraz lepszym w swoim fachu. No i faktycznie, stawałem się coraz lepszy. Moje zarobki z miesiąca na miesiąc stawały się coraz wyższe. Czułem się wtedy naprawdę spełniony. Byłem szczęśliwy, że potrafię jeszcze coś w życiu osiągnąć. Byłem tak zaślepiony, że przez cały ten czas nie brakowało mi nikogo bliskiego. Wystarczyło mi tylko to, że moje konto z dnia na dzień się powiększało. To dawało mi wewnętrzny spokój. Nawet nie wydawałem pieniędzy na drogie rzeczy, mimo iż mogłem sobie na to pozwolić. Zawsze byłem bardzo skromnym człowiekiem i uważam, że pieniądze są po to, aby nie martwić się ich brakiem, a nie po to, aby je zaraz wydać. One mają nam zapewniać spokojną przyszłość, być zabezpieczeniem, no i mogą być narzędziem do realizowania pasji. Same w sobie nie mogą nam zapewnić szczęścia. Wracając do dalszego biegu mojej historii, w pewnym momencie poczułem się już na tyle zabezpieczony finansowo, że zacząłem powoli olewać naukę. Drugi semestr powoli dobiegał końca i przyszedł czas sesji. Jak łatwo się można domyślić, nie zaliczyłem jej. Miałem jednak na tyle rozumu, że nie rzuciłem studiów, tylko wziąłem urlop dziekański. Było to na wszelki wypadek, gdyby jednak w mojej pracy coś się zepsuło. Byłem zadowolony, że wreszcie będę mógł w pełni się skupić na pracy, którą bardzo lubiłem i nie będę musiał już zarywać nocy. Cały czas szło mi bardzo dobrze. Okres wakacji 2008 minął mi na pracy! Sporadycznie wychodziłem jedynie na rower pojeździć w samotności. Cały czas sobie wmawiałem, że kiedyś to sobie jeszcze odbiję. We wrześniu 2008 zacząłem tęsknić za trialem. Miałem już pieniądze, więc bez problemu złożyłem sobie nowy rower do trialu. Po pierwszym treningu poczułem jak strasznie wypadłem z formy i jak się zaniedbałem przez ten okres pracy. Trochę mnie to zraziło, ale co jakiś czas wychodziłem jednak poskakać. Udało mi się również w jakimś stopniu odbudować relację z kolegą, który nadal ten sport uprawiał. Jednak to już nie było to co kiedyś. Czułem się tak jakby hmm... jak jakiś zniszczony fizycznie emeryt, który dopiero po tylu latach zaczyna dbać o swoje zdrowie. Do wszystkiego musiałem się zmuszać. Chciałem jednak znów odzyskać formę i wrócić się do czasów, gdy byłem pochłonięty tym sportem. Te czasy wspominam jako najlepszy okres w moim życiu. Nie było jednak łatwo. Nie miałem już takiej determinacji jak kiedyś. Kiedyś liczył się tylko trial. Byłem skupiony tylko na jednym. A teraz najbardziej skupiałem się na swojej pracy, którą lubiłem. Trial traktowałem jako dodatek. Właśnie tak mijał rok 2008. Nadal byłem na urlopie dziekańskim, który trwał aż do lutego 2009. Powoli coraz bardziej zaczęła mi doskwierać samotność. Jako, że nie miałem z kim pogadać, dużo czasu spędzałem przed komputerem, nawet poza pracą. Chciałbym jeszcze wspomnieć o dosyć istotnej kwestii. Od zawsze lubiłem słodycze i to właśnie nimi zatapiałem i zatapiam swoje smutki. To jest mój ogromny problem. Pod koniec roku 2009 zrobiłem małe podsumowanie. Ten rok był dla mnie niezwykle udanym pod względem zarobków, natomiast nie był udany w pozostałych dziedzinach życia. Postanowiłem skończyć z objadaniem się słodyczami i popracować nad kondycją, a w dalszym etapie popracować nad nowymi znajomościami (od lutego wracałem na studia). W tym celu zapisałem się z dwoma kolegami na siłownię. Poćwiczyłem 1,5 miesiąca. Treningi były dla mnie istnym piekłem. Bardzo ciężko było mi się zmobilizować. Byłem za bardzo przyzwyczajony do siedzącego trybu życia, no i ciężko jest się zmobilizować człowiekowi, który ma wszystko pod dostatkiem (mam na myśli finanse). Jednak jakoś przez to przebrnąłem. Niestety, ale moje wyniki w pracy w tym czasie znacznie spadły, ponieważ praca ta jest bardzo wymagająca, a jak człowiek jest zmęczony, to już nie jest taki wydajny. W połowie lutego 2009 wróciłem na studia. Oczywiście nadal nie widziałem się na tym kierunku i ciężko mi się było zmotywować do uczęszczania na zajęcia. Z drugiej jednak strony, nie chciałem całkiem z nich rezygnować, gdyż moja praca nie jest w Polsce legalna i w związku z tym nie jest w stanie zagwarantować mi bezpiecznej przyszłości (chciałbym zaznaczyć, że nikogo nie okradam, ani nie robię nikomu krzywdy - po prostu w Polsce mamy takie chore prawo). I tak mijały kolejne miesiące: praca, uczelnia, rower, obżarstwo słodyczami, nudy, praca, uczelnia, rower, obżarstwo, nudy, itd. W międzyczasie udało mi się zdać egzamin na prawo jazdy za 6-tym podejściem. Przez ten cały czas czułem się jednak cholernie samotny i mój zapał do pracy zaczynał stopniowo zanikać. Cały czas jednak nadawał sens mojemu życiu rower. Miałem nadzieję, iż odzyskam dawną formę i nagram jeszcze jakiś film z kolegą. Niestety, lecz w kwietniu miałem wypadek i złamałem palec. Wszystko mi się wtedy zawaliło. Zacząłem się coraz częściej objadać słodyczami i zamknąłem się w sobie jeszcze bardziej. W czerwcu 2009 udało mi się zaliczyć sesję na studiach. To właśnie był ten dzień, o którym opowiadałem na samym początku, gdy nikt nawet mi tego nie pogratulował. Zatem nagrodziłem się słodyczami i kolejnym obżarstwem. Na wakacje 2009 miałem wielkie plany. Chciałem kupić samochód i inne zachcianki, pojechać na wakacje, poznać dziewczynę. Niestety, lecz wszystko legło w gruzach po złamaniu palca oraz po tym jak w maju 2009 miałem kiepski okres w pracy i utopiłem trochę pieniędzy. Był to jedynie ułamek mojego całego kapitału, który zdążyłem zgromadzić na przestrzeni dwóch lat. Jednak ja jestem perfekcjonistą i jeśli coś mi nie wyjdzie w 100%, to nie kupię sobie nic. Wyjątkiem są jedynie słodycze, które są stosunkowo tanie w porównaniu np. do samochodu. Jak spędziłem wakacje? A tak: praca, rower górski, rower do trialu (miałem spore problemy z powrotem do tego sportu, gdyż na początku bardzo mnie bolał palec i myślałem, że nie odzyskam już nigdy 100% sprawności, co wmawiali mi lekarze, lecz jednak po wielu zmaganiach się udało), obżarstwo, nudy, praca, rower, obżarstwo, nudy, do tego kilka samotnych jednodniowych wycieczek, których nie mogę zaliczyć do jakoś szczególnie udanych. W październiku 2009 wróciłem na studia, zamiast wypoczęty i pełni zapału do pracy, to życiowo wypalony, całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek motywacji do pracy. No ale nic, życie jakoś szło dalej. Jeździłem na tą nudną uczelnię, zmuszałem się w miarę regularnie do monotonnej pracy (potrzebowałem ciągłego zastrzyku pieniędzy - to mnie uspokajało) i wychodziłem na rower bardziej nie dlatego, aby potrenować dla przyjemności, lecz po to, by spalić kalorie z obżarstwa słodyczami (piekielnie boję się nadwagi i otyłości). W końcu przyszedł taki okres, że coraz częściej zacząłem sobie zadawać pytanie w stylu: "po co ja to wszystko robię?", "jaki to ma sens?". Na domiar złego, akurat w tym okresie obejrzałem kilka filmów dokumentalnych m.in. "Zeitgeist" i "Money as Dept". Właśnie wtedy otworzyły mi się oczy i doszło do mnie, co się dzieje na świecie. Dowiedziałem się, że Bóg nie istnieje, dowiedziałem się również, że światem rządzi wąska grupa bankierów i FED, który drukuje sobie pieniądze, kiedy mu tylko przyjdzie na to ochota i każdy pieniądz obciążony jest długiem, którego spłata ciąży na każdym obywatelu (m.in. dlatego mamy tyle różnych podatków i są one takie wysokie oraz inflację). Dzięki temu bankierzy stale się bogacą, a kraje popadają w coraz większe i większe długi. M.in. właśnie dlatego są kryzysy finansowe i tak naprawdę będzie tylko coraz gorzej. Najbardziej to odczują oczywiście najbiedniejsi. Dowiedziałem się w jaki sposób media manipulują całym społeczeństwem, o tym, że światem rządzą ponadnarodowe korporacje, a rządy pojedynczych państw z naszym prezydentem na czele wcale nie są na szczycie piramidy władzy. Rządy są tylko marionetkami wypromowanymi przez media. Biorą one odpowiedzialność za wszelkie niepowodzenia, natomiast ta prawdziwa elita władzy stoi zawsze w ukryciu z dala od mediów. Dowiedziałem się, że zamach na WTC był robotą rządu USA po to, aby móc rozpocząć wojnę w Iraku o ropę. Dowiedziałem się, że każda wojna, to możliwość ogromnego zarobku dla przemysłu zbrojeniowego. Dlatego już wiem, dlaczego jest tyle wojen na świecie. Cały ten popier**** świat kręci się wokół pieniądza i walki o przetrwanie, a nie wokół miłości do bliźniego. Poznałem również w jakim stopniu obecny świat jest zepsuty, właśnie przez żądzę pieniądza. Dobrym przykładem może być śmieciowe żarcie wytwarzane przez wielkie korporacje, dla których liczy się tylko zysk. Zdrowie konsumentów mają natomiast głęboko w dupie. Następnie promowanie tego żarcia w mediach. Obecny dostęp do zdrowego jedzenia jest minimalny. Jeśli człowiek jest w ciągłym biegu, to nie ma szans zdrowo się odżywiać. Ludzie są tak bardzo manipulowani, że nawet nie zdają sobie sprawy w jakim stopniu. Szkoła, studia i kościoły są po to, aby takiego człowieka odpowiednio zaprogramować. Aby nie zadawał on zbędnych pytań, nie poszukiwał prawdy na własną rękę, tylko cały czas się podporządkowywał i był bierny. Do dziś chodzi mi po głowie ten cytat z Pisma Świętego: "błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli". Już od dziecka uczy nas się ślepego wierzenia w to, co się nam przekazuje, czy to w mediach, czy w kościele, gdziekolwiek. Dlatego stajemy się bardzo naiwni. Wpaja nam się od dziecka, że uczestnictwo w wojnie jest przejawem patriotyzmu. Do tego powstaje tyle gier komputerowych zachęcających do przemocy. Jestem ciekaw jak będą wyglądać przyszłe pokolenia, jeśli trend obecnego świata się nie zmieni. Tak naprawdę, moim skromnym zdaniem, jesteśmy już na skraju przepaści i raczej nic nie może już uchronić tego świata przed autodestrukcją. To tylko kwestia czasu, aż stopniowo się wykończymy, czy to z powodu konfliktów religijnych, politycznych, czy to z braku środków do życia. Niestety, ale taki jest świat i jak tu być optymistą, gdy człowiek z każdej strony dostaje po dupie? Właśnie w takim nastroju kończyłem rok 2009. Dostałem piękną nagrodę za ten pracowity oraz finansowo udany rok. W taki oto sposób spędziłem święta Bożego Narodzenia oraz sylwestra. Sylwestra jak co roku, przesiedziałem w domu, zajadając się słodyczami i użalając się nad tym beznadziejnym życiem. Ciekaw jestem jakby się potoczyło moje życie, gdybym kiedyś nie dostał od rodziców szlabanu i gdybym poszedł na tego zakrapianego alkoholem sylwestra w towarzystwie znajomych, o którym wspominałem wcześniej. Może byłbym bardziej otwarty na świat i towarzyski? No nic, święta minęły, rozpoczyna się nowy rok, pora wziąć się za siebie, mimo wszystko. Znów praca, uczelnia, na rower nie mogłem wychodzić, bo była zima, więc zacząłem z nudów jeździć albo do kina, albo do dużych sklepów na spacery. To zaczęło stawać się moją obsesją. Powoli nie umiałem już wytrzymywać tyle czasu przed kompem, więc zacząłem jeździć z nudów autobusami po sklepach, kinach, itd. Bardzo często kończyło się na tym, że wracałem z torbą pełną słodyczy. Jeśli chodzi o inne zakupy, to zawsze byłem asertywny i potrafiłem się powstrzymać. Czasem jedynie kupiłem sobie jakieś ciuchy i jakieś drobiazgi, ale to bardzo rzadko! Poza tym, kompletnie nic. Moja frustracja powoli sięgała zenitu, gdyż już nic nie przychodziło mi do głowy, czym się jeszcze mogę zająć. Wszystko przestało mnie już bawić: monotonne zarabianie pieniędzy, nudna uczelnia, rower już nie to, co kiedyś, obżarstwo (chwila przyjemności, a potem straszne wyrzuty sumienia), jeżdżenie po sklepach, itd. Po zdaniu sesji i po feriach zimowych postanowiłem, że zamiast bezsensownie egzystować, zainwestuję w siebie i zapiszę się ponownie na siłownię, która jest w miarę tania w porównaniu do zakupu np. samochodu. Tak minęły kolejne 2 miesiące. Motywowanie się do 4 treningów w tygodniu było dla mnie bardzo trudne. Poległem po dwóch miesiącach. Zacząłem za to częściej wychodzić na rower, który zaczął chwilowo sprawiać mi trochę więcej przyjemności, gdyż zauważyłem efekty po siłowni. Znów mijały miesiące. Nie udało mi się zaliczyć sesji na studiach. Nawet celowo nie chciałem jej zaliczyć, bo byłem zdecydowany na kolejny urlop dziekański. Chciałem sobie przedłużyć nieco "wolność", gdyż byłem już tym zmęczony. Jeśli chodzi o wakacje, to nie miałem już tak wielkich planów jak w roku poprzednim. Po raz kolejny nie wyjechałem nigdzie na wczasy, choć początkowo miałem taki zamiar. Doszedłem jednak do wniosku, że co ja będę robił sam przez cały tydzień nad morzem bez komputera, no i całkiem sam! Na dodatek będę oglądał tych radosnych ludzi, cieszących się chwilą i mających z kim spędzać czas. Zatem podziękowałem. Jak wyglądały wakacje? Już mówię: praca, w której szło mi średnio i miałem coraz większe problemy z motywacją, rower, nudy przed kompem, obżarstwo słodyczami, wyprawy do hipermarketów i nudne spacery. Oczywiście wszystko robiłem bez kompletnie żadnego entuzjazmu i tylko po to, aby nie leżeć całymi dniami i nie myśleć o tym, jaki ten świat jest do dupy. Chociaż takie myśli i tak ciągle mnie prześladują. Założyłem sobie nawet konto na portalu randkowym z nadzieją, że znajdę jakąś dziewczynę. Niestety, ale odniosłem porażkę. Co prawda, zainteresowanie moją osobą było dosyć duże, lecz nie odważyłem się na żadne spotkanie. Cały czas myślę, że jestem do niczego i ten cały świat jest popier***. Na dodatek obawiam się, że jeśli dziewczyna pozna moje poglądy i to, czym się zajmuję (to zajęcie jest postrzegane przez ludzi jako coś złego tylko dlatego, że media w takim świetle to przedstawiły, a to jest tak naprawdę coś takiego jak szachy, czy gra na giełdzie), to się tym do mnie zrazi i odejdzie ode mnie, a ja będę cierpiał jeszcze bardziej. Zresztą ja nie garnę się do zakładania rodziny. Nie wyobrażam sobie, żeby moje dziecko żyło na takim świecie, jaki jest obecnie. Nie zafundowałbym mu tego. Po drugie, oczywiście w grę wchodzi kwestia finansów. W dzisiejszych czasach nic nie jest pewne i uważam, że decydowanie się na długoterminowy kredyt jest totalną głupotą, a decydowanie się na dziecko można porównać tak jakby do długoterminowego kredytu, gdyż utrzymanie takiego dziecka będzie wymagało regularnych zastrzyków pieniężnych przez conajmniej 20 lat (w przypadku kredytu, również trzeba spłacać regularnie raty). Także nie sądzę, aby jakaś dziewczyna zniosła moje poglądy. I tu koło się zamyka. Z jednej strony brakuje mi kogoś bliskiego, a z drugiej strony moje obawy. W takim nastroju kończyłem wakacje 2010. Właściwie to od października, moje życie się praktycznie nie zmieniło, gdyż wziąłem kolejny urlop dziekański. Na chwilę mogłem odetchnąć od tej zasranej uczelni, lecz z drugiej strony przerażała mnie ta otchłań czasowa, w której znów nie będę miał co ze sobą począć. I znów zmuszać się do kolejnych nudnych zajęć. Jakby tego było mało, począwszy od grudnia 2010 w mojej pracy coś się zaczęło psuć i przestałem zarabiać, a harowałem naprawdę ciężko. Aby trochę odetchnąć, zapisałem się po raz kolejny na siłownię. Ćwiczyłem regularnie przez pół roku i starałem się prowadzić w miarę zdrową dietę. Przez ten czas stopniowo coraz mniej czasu poświęcałem na pracę. Myślę, że powody były co najmniej dwa: nie miałem siły po treningach oraz moja praca mnie już strasznie znudziła, a wręcz odpychała po 3,5 roku od jej rozpoczęcia. W międzyczasie uczęszczałem również na uczelnię co dwa tygodnie (musiałem zaliczyć dwa przedmioty do końca września 2011). Na początku czerwca skończył mi się karnet na siłowni i stwierdziłem, że nie będę się już dłużej tam katował i pora skupić się na sesji, trialu oraz zobaczyć efekty ćwiczeń. Na szczęście sesję udało mi się dosyć szybko zaliczyć, chociaż jakoś szczególnie się nie ucieszyłem tym faktem. Co do trialu, na początku byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Efekty były rewelacyjne. Mój entuzjazm jednak bardzo szybko zgasł. Szybko zdałem sobie bowiem sprawę, że aby utrzymać taki efekt oraz iść do przodu, muszę nadal katować się na tej siłowni, a co za tym idzie, nie będę miał już czasu na pracę, ani ewentualnie na jakąś dziewczynę. Na dodatek cholernie ciężko jest pogodzić siłownię z rowerem, gdyż organizm się przetrenowuje. Z drugiej jednak strony nie chciałbym wypaść z formy tak jak kiedyś i tu koło się zamyka... Nie widzę również przyszłości w tym trialu. Wszystkie miejscówki mam objeżdżone, a na zawody jeździć nie lubię. Przestałem chodzić na siłownię, od dłuższego czasu nie pracuję (ciągle przekładam pracę z dnia na dzień i wciąż ona mnie prześladuje w mojej głowie), na rower do trialu wychodzę sporadycznie, przestałem zdrowo się odżywiać, za to coraz częściej z nudów jeżdżę na zakupy po słodycze i się obżeram, a następnego dnia planuję sobie maraton na rowerze górskim, żeby to wszystko spalić, bo nie chcę być gruby. Zdaję sobie sprawę z tego, że od tego siła mi spada i rujnuję sobie zdrowie. Jestem już tym wszystkim strasznie zmęczony. Kompletnie nic mnie nie bawi. Do wszystkiego się zmuszam. Nie mam dziewczyny, przyjaciół, a jedynie bardzo słabe znajomości. Obawiam się wrócić do pracy. Myślę, że wypadłem z formy i zamiast zarabiać, zacznę wtapiać pieniądze. Dodatkowo, w mojej branży nie dzieje się ostatnio za dobrze i sprawy się coraz bardziej komplikują. W przyszłości mogę już nie mieć możliwości do takiego zarobku lub w końcu to zalegalizują i walną taki podatek, że przestanie to być opłacalne. Te wszystkie czarne myśli wciąż się we mnie kumulują. Co więcej, stałem się minimalistą. Przestałem myśleć o samochodzie (tzn. cały czas marzę o samochodzie, ale w takim sensie, że chciałbym móc nim pojeździć za darmo), przestałem sobie kupować ciuchy i drobne zachcianki. Pieniądze wydaję jedynie na żarcie, bilety autobusowe oraz na rachunki za Internet i komórkę. Resztę opłacają moi rodzice. Przestałem nawet chodzić do kina, bo szkoda kasy i nie ciekawią mnie żadne filmy. Jedynie się obżeram i jeżdżę na rowerze w dalekie trasy, bo to prawie nic nie kosztuje. Z drugiej strony, to mnie wcale nie bawi. Robię to, bo nie chcę leżeć - zwariowałbym. Oglądam też czasem TV i często grywam w "scrabble", ale to już z totalnych nudów. Kompletnie nic mnie nie bawi. Czuję jak świat się ode mnie oddala i mój pociąg odjeżdża. Tylko pociąg do jakiej stacji? Co mi to da, że coś osiągnę, skoro mam taki, a nie inny charakter? Teraz na dodatek próbuję skończyć ze słodyczami, bo cały czas mam świadomość, że niszczę sobie zdrowie i marnuję czas. Obawiam się, że jeszcze na coś zachoruję, a wtedy to już w ogóle nie będzie mi się chciało żyć. Właśnie cały czas się zastanawiam, skoro teraz jestem taki nieszczęśliwy, a zdrowie mi dopisuje, to co będzie, jeśli zachoruję??? Jeszcze zapomniałem wspomnieć o biznesie, który rozkręciłem z kolegą. Otóż na początku tego roku (2011), wyszedł on do mnie z propozycją zostania dystrybutorem pewnej marki, która produkuje części do rowerów trialowych. Po dłuższym namyśle, zgodziłem się. Ja miałem tylko wyłożyć 100% kapitału, natomiast on w zamian za to, że nie dysponował kapitałem, miał zajmować się całą resztą. Pomogłem mu jednak i rozpisałem w Excelu cały biznes plan oraz prowadzę na bieżąco księgowość. Niestety, ale biznes ten jak na razie idzie bardzo kiepsko i nie widzę w tym żadnej przyszłości. Raczej skończy się na tym jednym zamówieniu. Kolejne zamówienia wiązałyby się z koniecznością założenia firmy i podatki zeżarłyby ponad połowę naszego zysku, a już teraz interes kręci się bardzo kiepsko. Także to kolejny powód do żalenia się, jakie to życie jest poj*** i gdyby nie te zasrane podatki, byłby raj na Ziemi. Ta cała popieprzona biurokracja. Żyć się odechciewa.. Trzeba cały czas tkwić w takim gównie, a człowiek nie ma żadnych radosnych chwil. Ten świat jest tak poje***, że człowiek nawet nie może ze sobą skończyć w łatwy i bezbolesny sposób, bo nie ma dostępu do takich środków. Nawet na broń trzeba mieć pozwolenie! Wszyscy jesteśmy jakimiś pieprzonymi niewolnikami. Nakłada się na nas coraz większe i większe podatki (coś jak haracz) i za wszelką cenę trzyma przy życiu (ktoś w końcu musi harować na tą bandę pasożytów, jakimi są bankierzy, politycy, urzędnicy, księża, itd.). Trzeba stale uczestniczyć w tym wyścigu szczurów, bo jak z niego wypadniesz, to jesteś skończony. Nie tylko finansowo, ale także odrzucony przez społeczeństwo. Ja już chyba z niego wypadłem. Moi koledzy jakoś układają sobie życie, mimo, że nie studiują. Mają stałą i legalną pracę, mają dziewczyny, samochody, potrafią korzystać z życia i czerpać radość z małych rzeczy, a ja? Zmuszam się do zrobienia czegokolwiek, boję się wyjść do ludzi, stałem się bardzo nieufny, szukam dziury w całym, itd. To tyle mojej historii. Ciekawe czy jest ktoś taki jak ja na tym chorym świecie. Jestem ciekaw, czy jeszcze kiedyś będę potrafił cieszyć się życiem w pełni. Czy coś jeszcze nada memu życiu sens. Coraz częściej myślę o kobiecie, ale która by zaakceptowała moje poglądy i sposób bycia? Pozdrawiam.

Hej znudzony_zyciem. Zainteresowała mnie ta Twoja historia... Chętnie bym z Tobą porozmawiała

Dla wszystkich was piszących tylko psychoterapeuta jest w stanie wam pomoc!!!!! Wiem to po sobie. Za wizyte jakies 70 zl a ile on pomaga! Oczywiscie wizyt moze byc wiecej. Rozmawia o problemach, mozna mu wszystko powiedzieć a on wtedy bedzie nam pomagał!!! POLECAM. Tylko psychoterpaeuta jest wam w stanie pomoc.

do znudzony_zyciem:masz dopiero 24 lata!nie masz zobowiązań zadnych wiec ciesz sie zyciem poki mozesz.czy ty masz jakas w oogle radosc z zycia?

istny ja jeśli chodzi o pogląd na świat.
Inny życiorys, bardziej skąpy myślę w moim wykonaniu z braku wpojonej motywacji i środków.
Pytanie: ulec systemowi, wtopić w tłum, nie użalać, nie szukać dziury w całym choć to "całe" wcale takowym nie jest?, podporządkować się i znaleść w tym szczęście...? Czy dalej właśnie się użalać, widzieć ten cały syf i do czego zmierza, i zmierzać tym samym do własnej coraz większej destrukcji? Ja pierdole nie wiem, cieszy mnie jednak że jesteście, tzn są tacy ludzie jak ja. Chciałbym poznać autora tej długiej wypowiedzi, porównać odczucia, poglądy i zastanowić się co można z tym zrobić. Co zrobić żeby było lepiej, a bynajmniej dobrze, a nie źle.
Wiem że nie trafiłem na to forum, a dokładnie na tą rozmowę przypadkiem, szukam odpowiedzi, szukam ludzi takich jak ja, chcę wiedzieć że nie jestem sam i dlatego licze na odpowiedź z waszej strony.
Pozdrawiam

Rany... oczy mi świrują, trochę czasu zajęło mi czytanie Twojej wypowiedzi i teraz mam "mroczki":) normalnie bym tego nie czytała, ale zainteresowało mnie to. Też miałam trudne dzieciństwo, trochę inne, ale niełatwe. Czasem też mam niechęć, ale ona na pewno nie jest tak wielka jak u Ciebie. Widzę, że prowadzisz taki.... "etapowy" tryb życia. Wkręca Cię jedno, porzucasz drugie, nudzi Ci się drugie, wkręca Cię trzecie i skupiasz się jedynie na tym. Fajnie jest mieć taki zapał, ale to jest dość dziwne, że u Ciebie to działa właśnie takimi odcinkami. Może udaj się do psychologa? Uważam, że masz problem, nie że jesteś jakiś nienormalny, tylko po prostu masz problem... I coś trzeba z nim zrobić, bo jak sam piszesz, co będzie za kilka lat? Całe życie będziesz się tak męczyć? Naprawdę proponuję Ci gdzieś się zgłosić. Może ktoś będzie w stanie Ci pomóc, czasem najzwyczajniej na świecie nie daje sobie ze wszystkim rady. Pod niektórymi względami jestem do Ciebie podobna, bo wolę siedzieć w domu, na wypady z koleżankami wychodzę, bo już straciłam kilka wartościowych osób przez mój olewczy stosunek do nich. W sumie to nie to, że ich olewałam, ale... nie miałam ochoty się spotykać, ukrywałam się po prostu... Walczę z tym jak się da, zmuszam, no ale... tkwi to we mnie. Tak naprawdę uważam, że nikt nie zna mnie od tej wewnętrznej strony. Niby jestem uśmiechnięta, ale jednak w każdym temacie doszukuję się głębszych przyczyn, wartości itp... szukam dziury, tak jak to nazwałeś. Nawet przy słuchaniu muzyki wczuwam się tak w tekst, w piosenkarza, w jego życie... Oczywiście nie przy każdym, ale np. wychowywałam się w domu, gdzie słuchano muzyki, m.in. Queen'a. Nikomu o tym nie mówię, ale czuję się jakoś dziwnie kiedy słucham Freddiego, widzę na koncertach.. Jakby był częścią mojego życia. To głupie, wiem, no ale tak mam. Ogólnie uważam, że też mam problem ze sobą. Też myślę o pójściu do specjalisty, bo czuję w środku, że nie jestem normalna. A może mi się wydaje, nie wiem. Nie to, że świr, tylko uważam, że nie pasuję do tego świata... Ech... Życzę Ci powodzenia, mam nadzieję, że zdecydujesz się zgłosić się do kogoś. Wiem, że na świecie jest ciężko, ale trzeba żyć. Sam świata nie zmienisz, oczywiście możesz żyć po swojemu, ale... wszyscy muszą w końcu dojść do tego, że musimy się podporządkować temu całemu systemowi, który nami rządzi. Ja sama widzę w sobie sprzeczności, Ty pewnie też, więc nie dziw się, że i świat jest sprzeczny z tym, co naprawdę ważne. Dziś mało ludzi ma jakieś wartości, których strzeże. Wszyscy dbają o pieniądze, sławę, wygląd... Są powierzchowni. Trzeba się z tym pogodzić niestety... Pozdrawiam!!

Witaj Anito. Na wstępie chciałbym Ci bardzo podziękować za ten wpis. Teraz już wiem, że nie ja jeden borykam się z takimi problemami. Od razu zrobiło mi się jakoś raźniej i nawet się uśmiechnąłem. :) Co do Twojej wypowiedzi, napisałaś, że miałaś trudne dzieciństwo. Może właśnie to jest głównym powodem naszych obecnych problemów? Co do drugiej części Twojej wypowiedzi, rzeczywiście chyba będę się musiał pogodzić z otaczającą mnie rzeczywistością i w jakimś stopniu ją zaakceptować, choć nie będzie to łatwe. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że użalanie się nad sobą może tylko pogorszyć sprawę, a już na pewno nie przyniesie niczego dobrego. Muszę po prostu przestać się skupiać na tych złych rzeczach, które mnie dołują, no i przede wszystkim uwierzyć w siebie. Ja chyba jestem za bardzo perfekcjonistą. Jeśli nic nie idzie idealnie po mojej myśli, to wtedy mam wrażenie, że odnoszę porażkę i jestem do niczego. Jestem również osobą bardzo niezdecydowaną. Nie wiem czym chcę się zajmować w życiu, potrzebuję ciągłych zmian. Najpierw jakoś próbuję wyjść do ludzi, staram się, lecz potem szybko się zrażam i próbuję się od nich odciąć, zmienić otoczenie, itd. Tak samo jest, gdy mam np. coś kupić. Jest tak duży wybór, że nie potrafię się na nic zdecydować i musi minąć naprawdę sporo czasu, abym coś w końcu wybrał (oglądam każdą rzecz po sto razy, porównuję ceny, itd.). Często jednak po prostu rezygnuję i nie kupuję sobie nic (mam na myśli coś, co ma mi służyć przez dłuższy czas, a nie np. jedzenie). Planuję sobie również, że np. pojadę na wczasy, kupię laptop, ulepszę rower. Dochodzi już nawet do tego, że idę dalej i szukam noclegów, ustalam sobie, co ze sobą zabiorę, a na drugi dzień przychodzi taki moment, że mi się wszystkiego odechciewa i olewam to. Wmawiam sobie, że te wczasy mi nic nie dadzą, będę się tam nudził i niepotrzebnie stracę czas i pieniądze. Ostatecznie decyduję się na słodycze, bo to jest najtańsza i nie wymagająca żadnej inicjatywy przyjemność. Trzeba jedynie się zmusić do wyjścia z domu, ale z tym aż takiego problemu nie mam. Co innego, gdy muszę coś ważnego załatwić. Wtedy już o wiele ciężej jest się zmobilizować do opuszczenia czterech ścian. I w ten sposób mijają kolejne miesiące i lata. Od prawie 10 lat nie byłem na żadnych wczasach... Może myślę też, że to mnie przerasta, te całe załatwianie, dzwonienie i dogadywanie się z ludźmi. Tak, to ostatnie jest dla mnie chyba największą przeszkodą - dogadywanie się z ludźmi. :/ Zawsze, gdy mam zainicjować jakąś rozmowę, to myślę sobie mniej więcej w ten sposób, że mi coś nie wyjdzie, pogubię się w rozmowie, nie będę umiał skomponować pełnego i logicznego zdania oraz się po prostu ośmieszę przed tą drugą osobą. Jest to naprawdę bardzo stresujące, gdy człowiek ma świadomość, że może mu coś nie wyjść i stale się tym zadręcza. Często w trakcie rozmowy przypominam sobie o tym i zamiast skupiać się na tym, co powiedzieć, to myślę, że się zaraz pogubię. Za wszelką cenę nie chcę również dać po sobie poznać, że jestem zdenerwowany, bo przecież w oczach tej drugiej osoby to tylko zwykła rozmowa i tym bardziej dziwne by się jej wydało, jak można się takim czymś stresować. A jednak... To jest jedna sprawa. Natomiast druga sprawa, to fakt, że zawsze wychodzę z takiego założenia, iż nikt mnie nie lubi, nikt nie chce ze mną rozmawiać i dla każdego jestem jakimś niepotrzebnym ciężarem. Odnoszę wrażenie, że każdy sobie myśli o mnie mniej więcej w ten sposób: "heh, co on ode mnie chce?". Naprawdę ciężko wyjść do ludzi, gdy masz wrażenie, że jesteś nielubiany i nikt nie ma ochoty Cię słuchać. Może to dlatego, że tak naprawdę nigdy w życiu nie miałem okresu, żebym był w centrum zainteresowania, nie miałem powodzenia u dziewczyn, itd. W podstawówce i gimnazjum jeszcze próbowałem się starać o względy dziewczyn, ale bezskutecznie. One były zainteresowane kimś innym, a ja zawsze byłem spychany na margines. Już chyba pogodziłem się z tym, a nawet weszło mi to w krew i dlatego o sobie w ten sposób myślę. Prawda jest też taka, że nigdy nie byłem wygadanym człowiekiem i nie potrafiłem nikogo "bajerować", ani zaciekawić swoim charakterem, bo ja przecież nie umiem nawet o niczym sensownym opowiedzieć! Gubię się w zdaniach, rzucam jakimiś pojedynczymi słowami i jestem chyba zbyt nerwowy. Jedyne, co potrafię załatwiać, to sprawy "urzędowe", które nie wymagają żadnego zaangażowania emocjonalnego, ani nie są jakoś szczególnie skomplikowane. Oczywiście mam na myśli załatwianie jakichś prostych spraw na poczcie, w banku, itp. Staranie się o pracę to już zupełnie coś innego, bo mam świadomość, że będę z tymi ludźmi dłużej przebywał (o ile mnie przyjmą) i będę postrzegany w taki sposób, w jaki się zaprezentuję. Natomiast jak coś nie wyjdzie mi na poczcie czy w banku, to nic się wielkiego nie stanie, gdyż Ci ludzie szybko o mnie zapomną, a ja nie będę miał już z nimi takiej styczności. Zdaję sobie sprawę, że im bardziej izoluję się od ludzi, tym bardziej myślę, że jestem im niepotrzebny. To jest takie błędne koło. W każdym razie muszę z tym walczyć, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi. Chciałbym też w życiu doświadczyć prawdziwej miłości i pomyśleć, że jestem naprawdę komuś potrzebny, chociaż tej jednej osobie. Tylko, że to będzie z kolei wymagać ode mnie wykazania ogromnej inicjatywy... Ja sam ze sobą nie potrafię sobie poradzić, a co dopiero będąc z kimś? Pozdrawiam.

Ja z tym samym. Bujam się z problemem od 20lat. Teraz mam 37.
Sporadycznie mi się chce. Zmuszam się do pracy. Czekam na lato, lato przychodzi i nic dalej mi się nie chce. Jedno co mi wychodzi to zmuszanie się do biegania 3 razy w tygodniu po 10km. Wkurwiam się ale biegam. Bo po biegu się cieszę, że już jestem po... i ta chwila po biegu daje mi motywację do życia na parę następnych dni.

O nie jestem sama:)
Właśnie kończę studia humanistyczne (na swym koncie mam też kierunek techniczny ale na poziomie szkoły średniej). Kierunek mnie kręcił chodź wiedziałam, że z pracą po nich krucho. W czasie studiowania pracowałam w swoim zawodzie przez pewien czas.
Na dzień dzisiejszy zastanawiam się czy dobrze wybrałam... Przyznam, że jeszcze jeden kierunek mnie kręcił ale chyba nie dla mnie, teraz zastanawiam się jeszcze nad jednym - są one bardziej "dobre i sensowne"...
M.in. bliska osoba mi tego nie ułatwia gadająć, że mogłam wybrać cos bardziej chwytliwego, że lata nauki do dupy etc.
Generalnie mam super doła, nie wiem co chce robić dalej. Dopierdzielanie innych tylko bardziej mnie pogrąża. Generalnie nic mi się nie chce, nie mam motywacji chodź optymistycznie patrzałam w przyszłość - chciałam robić kursy, robić jeszcze jedną szkołę. Czasami wydaje mi się, że za bardzo patrzałam na innych, nie miałam motywacji i energii od innych, zastanawiam się czy nie rezygnowałam z czegoś dla dobra pewnych relacji twierdząc, że mam czas za chwilę to zrobię.
Naprawdę nic mi się nie chce, totalne zagubienie i na dobitkę słuchanie rad osób, które myślą tylko o właśnej dupie i tym co ludzie powiedzą.
teraz czuję się na rozdrożu. Nie wiem co chcę, nie wiem kim jestem, czuję, że parę spraw zaprzepaściłam - generalnie czuję się jak bezużyteczna ściera i to na dodatek bez pracy więc zapewne bez ambicji, pasji i nie będąca ciekawą osobą:/

cześć. czuję się okropnie zrezygnowana. dopiero co skonczylam 20 lat. niby jestem mloda, cale zycie przede mna, nic tylko sie bawic i szalec, mam kochajaca rodzine, kilkoro przyjaciol i zaufanych znajomych, zyc nie umierac... Ale czuje, ze cos jest nie tak. ze powinnam byc gdzies indziej na tym etapie mojego zycia, robic cos innego - tylko nie wiem co. dziwne uczucie. studiuje anglistyke, podobaja mi sie te studia, lubię je, ale czuje ze powinnam być gdzieś indziej - tylko, że nie mogę TAM być, bo nie wiem gdzie jest TO miejsce ;] dziwne uczucie.
chcialabym wreszcie znalezc swoja droge.

misplaced

Cześć,
czytam Wasze wypowiedzi i mam poczucie, że wreszcie znalazłem swoje miejsce w internecie. Od wielu lat czuję dokładnie to samo, co Wy. Nienawidzę siebie za brak zdecydowania, brak charakteru, brak wiary w siebie, brak pomysłu na życie, beznadziejne wybory...Skończyłem beznadziejne studia humanistyczne, poszedłem na nie, bo były łatwe i przyjemne. Studiowało się fajnie, bo myślałem, że "znam języki, będę miał magistra, jakoś to będzie...." Już pierwsza praca w państwowej instytucji pokazała mi, jak bardzo się myliłem. Niestety, w międzyczasie ożeniłem się, bo dziewczyna nalegała na ślub, a ja nie miałem odwagi się przeciwstawić. Więc miałem już "rodzinę", musiałem zarabiać i nie miałem odwagi iść na kolejne pięcioletnie studia. Prawdę mówiąc, nie miałem też pomysłu, co chciałbym robić...i nadal go nie mam. W międzyczasie licencjat na "zarządzaniu i marketingu", ale do zarządzania się nie nadaję, a w marketingu nikt mnie nie chciał (a naprawdę próbowałem). Jeszcze wtedy liczyłem, że znajdę pracę, która mnie zainspiruje...w pierwszej wytrzymałem rok, w drugiej 2 lata, w trzeciej 8 miesięcy. W obecnej pracy już 2,5 roku, ale znowu jest tak samo, jak wcześniej: totalne wkurwienie, poczucie "że do tego się nie nadaję", poczucie bycia zupełnie nie ma miejscu...i zupełny brak pomysłu, co dalej. Pracuję jako handlowiec, rzygam tę pracą, nie chcę już wciskać ludziom kitu i być chłopcem od pięknej gadki...czuję się jak prostytutka...dla mnie handlowiec to praca dla ludzi, którzy nic konkretnego nie umieją...i tak właśnie jest. Nawet moje hobby nie daje mi wytchnienia tylko powiększa frustrację: kocham stare auta, a zupełnie nie mam drygu do mechaniki, boję się grzebać w mechanizmach, w obawie, że coś zepsuję. Nie chcę też płacić innym za wszystkie naprawy - bo jestem strasznie skąpy i nie lubię wydawać kasy. Jednym słowem zaklęty krąg. Próbowałem go przerwać, zapisując się na psychoterapię, ale to NIE POMOGA. Co najgorsze, rok temu żona postawiła mnie przed wyborem: albo dziecko, albo się rozstajemy. I mimo, że zawsze twierdziłem, że najlepsze, co mogę zrobić dla dziecko, to go nie mieć, uległem...po raz kolejny bojąc się, że nikt inny mnie nie zechce. Dziś zdaję sobie sprawę, że to był zły wybór -- chcę być sam: mam już dość udawania normalności. Mam już dość pracy, dość negocjacji z drugą osobą, dość ludzi wokół, którzy pytają: "o co Ci w ogóle chodzi" i stale załamują ręce: "dlaczego Ty jesteś takim pesymistą!" Chcę uciec...Niestety, urodziło nam się dziecko z poważną wadą wrodzoną. Ten fakt mnie całkiem przytłoczył i teraz już zupełnie nie chce mi się żyć. Gdy ma się zdrowe dziecko, można odejść: wtedy jest się tylko męską świnią, jakich wiele. Gdy ma się dziecko niepełnosprawne, jest się potworem bez serca! Zupełnie nie wiem, co robić....

Witam!!
Podobnie jak Wy czuje to samo a już to co napisałeś smutny_31latku " "Nienawidzę siebie za brak zdecydowania, brak charakteru, brak wiary w siebie, brak pomysłu na życie, beznadziejne wybory...Skończyłem beznadziejne studia humanistyczne, poszedłem na nie, bo były łatwe i przyjemne" to zupełnie jakbym słyszała siebie.
Niby mam tytuł mgr ale wogóle nie szukam w tym zawodzie pracy bo po prostu się nie nadaję do tego, nie wiem wogóle do jakiej pracy się nadaję. Nie jestem odporna na stres, nie potrafię ludziom wciskać kitu, nie jestem kreatywna ani przebojowa, wszystko widzę w pesymistycznych barwach, mam w sobie mnóstwo lęków (sama nie wiem z czego one wynikają), jestem bardzo wrażliwa i wszystkim za mocno się przejmuję. Nie mam pomysłu na dalsze życie, czasmi zastawniam się żeby iść do jakiejś szkoły jeszcze ale po pierwsze z wiekiem człowiekowi już trudniej nauka do głowy i nie chce mi już się uczyć, po drugie nie wiem co wybrać bo już sama nie wiem co mnie interesuje,a po wtóre kto mi za tę szkołę zapłaci skoro ja nie pracuję a męża nie mam sumienia już dodatkowymi kosztami obciążać skoro i tak mnie utrzymuje co mnie dodatkowo dołuje. I tu miedzy inymi ujawania się przykład mojego pesymizmu. Zamiast przekwalifikować się na jakiś inny kierunek i probować coś w życiu zmienić to ja już oczywiście mam milion powodów żeby tego nie robić.
"I mimo, że zawsze twierdziłem, że najlepsze, co mogę zrobić dla dziecka, to go nie mieć, uległem...po raz kolejny bojąc się, że nikt inny mnie nie zechce." -100% tego co ja czuję
Smutny 31 latku szkoda że nie zostawiłeś jakiegoś meila do siebie, chętnie napisałabym coś do Ciebie tak prywtanie bo widzę że jesteś odbiciem tego co czuję ja...

Witaj Zdołowana,

Ogromnie mi miło, że odpowiedziałaś na mój post. Na to właśnie miałem nadzieję: że na tym forum nie przeczytam: "weź się w garść mięczaku", "o co Ci w ogóle chodzi", "ale ty jesteś nieudacznikiem", tylko odezwą się ludzie czujący podobnie jak ja. Nie ukrywam, że jestem zaskoczony, iż tych ludzi jest aż tylu! Dobrze jest nie czuć się już "odszczepieńcem" w tym społeczeństwie pozornie spełnionych ludzi sukcesu. Zdołowana, czekam z niecierpliwością na wiadomość od Ciebie: mój mail to sosin@poczta.fm

Też tak miałem, po dobrych wynikach z matury za namową rodziców poszedłem na studia które wogóle nie trafiały w moje zainteresowania. Porzuciłem ekonomie po drugim semestrze i uważam to za słuszną decyzję, po roku czasu zdecydowałem się na inne studia i okazały się strzałem w dziesiątkę. Mimo wszystko spróbuj A tak nawiasem to jest właśnie młodość podejmujesz ważne życiowe decyzje gówno o nim wiedząc.

Mam podobny problem właśnie skończyłem liceum i wybieram się na studia prawniczę.Liczę, że się na nie dostanę bo dobrze poszła mi matura. Ale idę na nie chyba tylko dla kasy i prestiżu, a tak naprawdę średnio mnie to interesuje i na razie mam wszystko w dupie. Ja pierdolę, czy może mi ktoś coś doradzić. W dodatku matka ciągle pieprzy, że się do niczego nie nadaję.

Nie idź na te studia. Zmarnujesz 5 lat. Znam takie osoby. A same ukończenie prawa niczego nie daje. Żadnej kasy i prestiżu.

Młody, jeśli twój ojciec to ustawiony adwokat, radca, ufasz mu a on tobie itp. to idz na te studia. Jesli nie to nawet nie próbuj. Przedstawię ci swoją sytuację oraz historię (a nie jest ona najgorsza, sa o wiele gorsze).

Historia. Tak jak ty poszedlem na prawo (dzienne) za namowa rodzicow, ba rodziny - ojca, babki, dziadki, wujka, jego znajomych (przedsiebiorcow) - dlaczego? bo mam gadane (i rzeczywiscie mam), dobra pamiec (bo tak tez jest), zdolnosc kojarzenia faktow (i tak tez jest), przebojowosc (ale tylko w sprawach zawodowych, towarzysko jestem do kitu). Tak jak ty, w wieku licealnym na dzwiek wyrazu "studia prawnicze" oto jakie obrazki mi sie pojawialy, co osiagne po studiach: kasa, kobiety, dziwki, wodka, prestiz, toga, kancelaria, czarne bmw. Jasne trud trudem, ale dla takich obrazkow warto ten trud przejsc (jestem kurewsko ambitny i konsekwentny to jest efekt wychowania jakie dostalem). Tylko ze ten trud zalezal ode mnie (jak sie naucze, ile sie naucze, czy zakoncze studia). Nie zdawalem sobie sprawy ze moja przyszlosc bedzie zalezec od widzi mi sie jasnie pana adwokata, radcy czy mnie wezmie na aplikacje, i czy mi zaplaci. A to juz moj drogi nie od ciebie zalezy... To jest jego widzi mi sie - on wie ze po prawie tylko ogolem ogarniasz a takiego mu nie potrzeba, wie ze na praktykach byles murzynem od korespondencji, ogolnie on ma X doswiadczenia i mase kandydatow. A i konkurencja jest nie z tej ziemii - synowie i corki jasnie panow adwokatow, koledzy i kolezanki tychze.
Sytuacja. V rok studiow prawniczych dziennych na panstwowej uczelni, pochodze z dziwnej rodziny. Majetni jestesmy (nieruchomosci), ale u mnie w rodzinie sami przedsiebiorcy (a wiec zyja jak zyja nie dlatego ze maja zawod i go wykonuja, ale dlatego ze, prowadza wlasne firmy, a to moze kazdy jak ma na poczatek: kase, pomysl, klientele). Ktos by pomyslał - no no, przedsiebiorcy tacy to moga jeszcze go ustawic. Tak moga. Ale nie do konca jestem przekonany czy chcą. Niby mowia ze chcą, ale jakos nic nie czynią w tym kierunku - bo w mojej rodzince, egoizm to krolowa. I ja tez jestem egoista, czego nie cierpie, ale nawet nie mam sily to zmienic.
Studia prawnicze. Powiem co zauwazylem. Towarzysko: sux, pozamykane kliki (dzieci prawników trzymaja razem, i maja w $#@!# kasy, dzieci nieprawnikow tez razem trzymaja, ale i tak maja cie w nosie, bo wiedza ze musza sie wybic, a zeby sie wybic trzeba nieludzko wkuwac, szare myszki - no ale z takimi to nie chcesz sie zadawac, bo moze dziany nie jestes, ale jakis biedak tez nie. Nauka: tylko miesiac przed sesją. Czego sie uczysz: nudne, nieludzkie regulki, bedace efektem rozwoju historycznego prawa. A jezyk w jakim te akademickie podreczniki sa napisane, moglby sluzyc ludziom cierpiacym na bezsennosc.
Rada. Idac na studia nie kieruj sie tym co cie po nich czeka. Załóż ze po kazdych czeka cię: 1 rok bezrobocia - bo twoje miejsce pracy zajmie ktos z doswiadczeniem. Na studiach nie zdobedziesz doswiadczenia. Na praktykach nie zdobedziesz doswiadczenia. Rodziny nie sluchaj, odwroca sie od ciebie gdy zobacza, ze rosnie z ciebie przyszly bezrobotny albo ci powiedza: masz 24 lata idz pracuj przynies dochod bo z mojej lodowki nie bedziesz jadl. Nie patrz na prognozy rynku pracy, gadanie politykow, bo to wrozenie z fusow. Nie kieruj sie owczym pedem: bo wszyscy ida na X (wszyscy tzn za 5 lat bedzie nadprodukcja - Polska to nie USA). Idz po liceum do pracy byle jakiej takiej za 1500 zł to zaden wstyd dla 18 latka, przejrzyj pare ksiazek z roznych kierunkow nie wiem jakich wybierz sobie jakies, ale takze przejrzyj materialy dydaktyczne: np. ustawę ( np. na prawie czyta sie ustawy i to duzo), sprawozdanie finansowe jakiejs spolki gieldowej, atlas anatomiczny, jakies mapy geodezyjne itp (ja na 2 roku prawa mialem podstawy ekonomii i to byl zwrot w moim zyciu: napalilem sie na ta ekonomie, gielde, mikroekonomia, makro, przedsiebiorstwa jak na 16 letnia dziewice, juz chcialem zmieniac kierunek bo czulem "TO JEST TO" - wazne: czulem. To piekne uczucie gdy o czymsz czytasz, dowiadujesz sie, czujesz ten wewnetrzny ogien, ciarki na plecach, jakies dziwne przyciaganie, kojarzysz terminy, definicje, czujesz sie jak ryba w wodzie, chcesz poznawac ludzi z tego srodowiska, dyskutowac itd - teraz to moje hobby i zainteresowanie: rynek finansowy). Niestety studiów nie zmienilem bo jestem %#@$@ i sluchalem rodziny - musialem sluchac, bo by mi odcieli srodki do zycia a na inne studia nie daliby kasy, bo TY MASZ BYC ADWOKATEM lol. Efekt: V rok a jestem wypalony, to jest takie wypalenie ze wiesz ze to umiesz robic, znasz te regulki i ogarniasz ten system ale juz cie to nie jara no i brak tobie doswiadczenia (to solidne doswiadczenie zdobywa sie na aplikacji - dobrej aplikacji). Ot robisz bo robisz. Robienie dla robienia. A jedyne pocieszenie: nie jest tak zle, ale nie jest tez dobrze. Mozna cos zmienic w pogoni za marzeniem, ale tez czas sie konczy bo to juz 25 lat, trzeba cos zarobic, kariere jakas rozpoczac. A nie kolejne studia.
I jeszcze jedna prawda zyciowa: w zyciu dobrze sobie poradzisz, jesli umiesz wplywac na ludzi. To tyle ode mnie.

Witaj

Zainteresowała mnie twoja historia...jak to brzmi.:)
Mam 40 lat i generalnie jakoś sobie radzę chociaz nieraz dopadaja nie takie stany jak Was.Nie o tym chciałem ci napisac skonczyłem studia prawnicze i troche sie obracam w tym srodowisku.To co zaobserwowałem to jest to droga przez meke Jeżeli nie jestes w 100 % nastawiony na ten zawód to daj sobie spokój .Obecnie jest cięzko na rynku pracy.Musisz zdac na aplikacje bo bez tego to nie ma nic.Po aplikacji tez sie trzeba gdzies wkręcić więc musisz byc nastawiony na te studia.Naprawde jest tam duzo nauki !!!!! z dógiej strony daja one tez jakąs wiedzę ale czy warto sie az tak meczyć dla tej wiedzy przez 5 lat ?

Witam.

Popieram przedmówcę, wiesz... Lepiej robić w życiu coś, na czym Ci naprawdę zależy, pracować w zawodzie, który sprawia Ci przyjemność. Przynajmniej starać się pracować w takim zawodzie... Niemniej jednak, nie zmuszaj się do czegoś, co dobrze wiesz, że Cię nie utysfakcjonuje.

Witaj!!! Naprawdę, nie rób tego błędu, który ja zrobiłam pare lat temu!!! Nie wybieraj prawa tylko dla prestiżu i kasy. Idź do jakiejś kancelarii i poproś o tygodniowe praktyki i zobacz czy TO Ci się podoba. Studia są trudne, żmudne, a z życiem studenckiem jest tak-jeśli je prowadzisz-masz przechlapane na egzaminach, bo nie nadrobisz ok. 1000str. w ciągu 3 tyg. sesji, a jeśli nie prowadzisz życia studenckiego i chcesz być sumiennym studentem - to siedzisz w książkach i kodeksach i narasta w Tobie frustracja, bo Twoi znajomi na ekonomii, informatyce itp. świetnie się bawią, a Ty musisz dziobać. Czasem na egz trafisz na świra( co często się na tych studiach zdarzy;), który każe Ci wymienić kilkanaście podpunktów danego paragrafu pochodzącego z tylko jemu znanej ustawy czy kodeksu w odpowiedniej kolejności i jak się raz pomylisz to już po sprawie i poprawka;). Znajomi kończą studia i zaczynają zarabiać konkretne pieniądze, a Ty kujesz na aplikację. Poza tym prawnicy to chyba naprawdę najbardziej obłudni ludzie-po studach kończą się przyjaźnie, a każdy jest w stanie utopić Cię w przysłowiowej łyżce wody, żeby tylko osiągnąć swój cel. Pamiętaj, że bez aplikacji niewiele zrobisz, więc przygotuj się na kolejne 4-5 lat zapieprzania za pensję minimalną na łasce jakiegoś mecenasa, który na Ciebie wszystko zwala. Od rana jeździsz po sądach własnym samochdem i na własnym paliwie, może w przypływie dobroci dostaniesz za to jakieś parę groszy-tzn. max.50zł, a to mniej więcej tyle ile wyjeździsz w 2 dni. I jeszcze jedno- w Polsce co rok przybywa ok. 100tys. stron aktów prawnych różnego rodzaju-nawet dzieląc to przez 10 wychodzi niezła liczba. I czeka Cię ciągłe doskonalenie i uzupełnianie wiedzy. Nie myśl, że masz do czynienia z jakimś totalnym leniem. Rozumiem samorozwój, podnoszenie kwalifikacji-ale gdy Ty o tym decydujesz i wtedy gdy Ty masz czas, a nie ciągle!!! A gdzie między to wciśniesz założenie Rodziny itp.? ZASTANÓW SIĘ DOBRZE CZY CHCESZ TAK ŻYĆ!!! Porozmawiaj z innymi prawnikami, może znajdziesz jakiegoś na maksa zadowolonego, ale moi znajomi, także Ci którzy zrobili już aplikację i mają własne kancelarie tak samo narzekają. Corocznie przybywa też ok. 1-3tys. prawników-rynek nie wszystkich wchłonie. I zostaje Ci potem uczucie, że na guzik ta harówa była. Pozdrowienia!!! 3maj się!!!

Czytam wasze wpisy i widzę swoje życie. Totalny brak motywacji do wszystkiego. Mam dość szkoły którą na szczęście kończę, serdecznie dość beznadziejnej pracy, tak beznadziejnej - NIE NAWIDZE JEJ, i nie mogę o tym nikomu powiedzieć bo dostałem ją po znajomości i wszyscy w rodzinie myślą że Boga za nogi złapałem a ja najzwyklej w świecie się do niej nie nadaje. Każdy daje swoje gotowe uniwersalne porady "wszędzie jest ciężko na początku", "musisz się sprężyć", "masz dobrą gadke poradzisz sobie", a nikt mnie nie rozumie i nie stara się zrozumieć wszyscy widzą służbowy samochód i telefon i świetny przyszłościowy zawód w handlu - moją życiową szanse <żygam>. A ja sam mam 24 lata i za cholerę nie wiem co ze sobą zrobić, zaczyna mnie to wszystko przytłaczać, na co dzień nikt tego nie zauważy ale wewnętrznie jestem cholernie smutnym człowiekiem któremu co chwile się coś nie udaje i niema w życiu żadnych celów. Najchętniej spakował bym się i wyjechał z tego kraju zostawiając pożegnalny list, rodzinę która mnie nie rozumie (zresztą nie dziwie im się), fałszywych znajomych, gównianą prace, i ten pierdolony pęd w wyścigu szczurów. Wyjechał bym do kraju gdzie jest poprostu więcej słońca ludzie się do siebie uśmiechają, są dla siebie milsi i życie niema takiego pędu jak w naszej ojczyźnie- bo uwierzcie mi są jeszcze takie kraje, ale co z tego jak mi się poprostu niechce stąd uciekać, kurwa poprostu jakaś groteska. Pozdrawiam wszystkich

Nie czekaj wyjedź, miej odwagę

Mnie tez wszystko wkurwia, mam dosyc pracy, ludzi i siebie. Mam 23 lata i zero ochoty do zycia.
Po maturze pomyslalam , ze zrobie sobie rok przerwy od szkolnego gownianego zycia, pojade za granice, poszerze horyzonty, poznam ludzi moze pojde tam do szkoly, bede podrozowac itd.
teraz moge powiedziec , ze po 3 latach jestem totalnie przybita, patrze z obrzydzeniem na zycie, nie widze sensu istnienia, ciagle pojawia sie pytanie po co?? nawet jak pisze tego posta zastanawiam sie po co ja to robie???
z nudow, z powodu wygadania sie komus obcemu?
Czy ktos to w ogole przeczyta????
Czasem mam jeszcze takie ochlapy motywacji zyciowej, pojawiaja sie w pewnej chwili,a za sekunde znikaja i tak w kolko. czuje, ze wszyscy mnie przeganiaja , kradna marzenia i pasje, ktore kiedys mialam...

tez mam takie momenty ze konkretnie wszystko minie wkurwia i nic mi sie nie chce najchetniej pojechal bym gdzies w pizdu i zostawil ten syf za soba i jakos mentalnie odpoczol ale to nie jest takie proste poprostu to mnie wkurwia i co trzeba dalej zyc w tym pojebanym kraju a tak szczerze to bym sie jebnoł gdzies na chamaku pod palma i zapomnial o wszytkom i wkoncu bym sie wyluzowal

zrealizuj swoje marzenia, nie masz kasy na palmy i resztę to ją zdobądź, zarób, widzisz masz swój cel a mówiłeś, że niemasz, działaj

Hej! ja mam 23 latka i studiujętak jak wiekszość z Was ale nie daje mi tez to zadnej satysfakcji jak wam. Mam chlopaka ktory ze mna jest ale i nie jest, tzn wiem ze to jest trudne do zrozumienia, ale spotykamy sie dwa razy w tygodniu i niby jest fajnie i wogole, ale on sie tylko chce calowac. Ja mu mowie ze ja nie jestem jeszcze gotowa, bo wiadomo to troche za wczesnie i sie nie chce,szczegolnie jak sie nie jest w parze ze soba. Jestem w strasznej kropce dlatego tez, bo nie wiem juz co mam robic. Mama mi caly czas mowi, ze to nie jest odpowiedni chlopak dla mnie, wiec nie chce jej ranic i jeszcze oficjalnie nie powiedzialam mu, ze mozemy byc para, ale chyba mi to tez nie odpowiada poprostu, bo nie wiem juz zcego chce. Nioby mam prace, ale ona nie daje mi satysfakcji. Pracuje z dzieciaczkami i to jest fajne, bo wiadomo, zawsze chcialabym miec swoje walsne. Niby mam brata i nabralam doswiadczenia, ale brat jest juz duzy i nie mam z nim za bardzo co juz robic. Studiuje, ale tez niby che na wszystko chodzic, ale zawsze znajdzie sie ktos kto mnie zmusi do tego zeby nie pojsc i wiadome moglabym powiedziec ze ja chce isc, ale sama nie ebde chodzic. Wiadome nie chce, aby sie ze mnie smiali ze kujon jestem, pozatym ja pojde a pozniej wszyscy odemnie beda noitatki chcieli, bo aj chodze ja mam, a tez nie jestem swinia ze nie wysle, prawda, no cyyba ze to nie moja kolezanka to nie wysle. Dobrze naprawde ze mam ta mame, bo nie wiem jakbym przetrwala tyle lat bez niej! Ona jest dla mnie sercem i mozgiem, jestesmy jak przyjaciolki. Pare lat temu nasza rodzina sie rozbila, odszedl tatus I wtedy znalazlysmy sile i energie w Bogu i od tej pory wiem, ze mamusia jest moim aniolem strozem, wyslannikiem z nieba, ktory prowadzi mnie pzrez wszystkie niedogodnosci losu, dlatego traktuje ja jak wyrocznie , ale wiem ze ona nie bedzie wieczna i dlatego zyc mi sie iodechciewa, juz mam dosyc, chcialabym aby on mnie wzial za reke i prowadzil jak ona, ale najwidoczniej on nie jest gotowy, wiec nie wiem jzu co mam robic, siedze tylko w domu, zamykam sie w pokoju i placze. Slucham pieknych piosenek Varius Manx i Ewy Farny, bo to anjbardziej zyciowe sa!Bo one pzreszly pzrez pieklo i czuja to samo co ja! Wiec silo badz wieczna, bo ja juz nie daje rady!! Pomozcie bo sie zatracam, myslalm ze potrafie utopic pzreszlosc w sloncu, ale chyba mi sie wyszlo ;(

na poczatek radze zmienic muzyke, bo ani ewa farna ani varius manx nie przechodzili przez zadne piekło tylko trzepią kapustę na zawiedzonych zyciem takich jak Ty i inni na tym forum nie pomagając w żaden sposób. nie słuchaj tych żałosnych,nieszczerych tekstów bo się tylko niepotrzebnie rozczulasz. zamiast tego poczytaj dobrą książkę , zmień coś , zrób coś co zawsze poprawia ci humor a dobre mysli rozmnożą się w twej głowie i zaczniesz myśleć świeżo ,patrz na wszystko z innej strony niż dotychczas . 18-25 lat to na prawdę trudny okres następny taki będzie koło 40 tki . to , że tak to przeżywasz świadczy tylko , że jesteś dobrą , wrażliwą osobą i jak tylko przestaniesz się zamartwiać szybko złapiesz wiatr,który zaprowadzi Cię tam, gdzie chcesz.

jestescie zalosni

jestes baton i cwel

Lexapro - to moja dla Was kochani rada.

mniee tez wszystko wkurwia nic mi sie niechce...pracowalem 5 lat nadal pracuje w sumie ale teraz mam 3 miesieczna przerwe i nie wiem co z czasem zrobic... zawsze go chcialem teraz nie wiem co z nimz robic... mialem dziewczyne... przyjaciol w sumie ktorych nadal mam ale czuje ze sie zmienilem oni w sumie chyba tez... chcial bym robic cos wiecej... kiedys mialem zainteresowania i naogol bylem w tym dobry... teraz czuje jak bym sie odizolowal od swiata... nie moge zrobic prawka przerwalem w polowiee niby chce miec te prawkoo bo ulatwilo by mi to zycie ale nie wiem ciezko mi jest je zrobic co wydaje sie smieszne w ogle wydaje mi sie jak by wszystko byloo dla mnie trudne nawet najprostrze sprawy.. z ktorymi kiedys sobie bezproblemu radzilem... czuje ze cos jest ze mna nie taak.. i niechce mi sie jjuz nic nie mam sily na nic... i wszystko juz pierdole bo w nic nie wierze w zyciu bym nie przypuszczal ze tak bede sie czul.. i znajde sie w takim punkcie ..pierdolic to wszytko!! swiat jest do dupy... i prawaj jakie w nim panuja sa niesprawiedliwe ...

JAK BYM SIEBIE SLYSZAL PRAWIE ZE CENTRALNIE TO SAMO

o stary... jakbym sam siebie czytał... eh.

Lexapro

ZJEŻDŻAJ Z TEGO FORUM "PROSTYTUTKO FARMAKOLOGICZNA"!

CI LUDZIE MAJĄ PROBLEM A TY IM PIJAWKO ANTYLUDZKA DEALOWAĆ CHCESZ JAKĄŚ "TRUCIZNĘ", SYNTETYK PO KTÓRYM IM SERCE LUB WĄTROBA SIĄDZIE?

ZNAJD SOBIE NAIWNYCH GDZIEŚ INDZIEJ LUB NIE JEDZ JAK NA PAPU UCZCIWIE ZAPRACOWAĆ NIE ŁASKA!

"TRUJĄCE SZCZEPIONKI" JAK TO RODZICE DZIECI PISZĄ NA FORACH (ja nie wiem chemikiem nie jestem ale PROFESOR Majewska nie mówi po próżnicy)

"ZA WYTRUCIE PSZCZÓŁ JAK TO W NIEMCZECH ODSZKODOWANIE OD BAYERU CHCIELI I NIC DZIWNEGO w końcu II WOJNA ŚWIATOWA JUŻ SIĘ SKOŃCZYŁA a oni swoje.. " cytuję słowa z filmów tematycznych

NIE CHCE MI SIĘ ROZPISYWAĆ BO SZKODA CZASU

ZAL MI CIE NA SZCZĘŚCIE BÓG CIĘ OSĄDZI .. JUŻ NIEDŁUGO BO ZLECI JAK DZIŚ KIEDY I TY SIĘ ŹLE POCZUJESZ I UMRZESZ..

OBYŚ DO TEGO CZASU się opamiętał - ROZUMIESZ W OGÓLE O CZYM MÓWIĘ? TRAFIA TO DO CIEBIE? MASZ SUMIENIE? RODZINĘ? WARTOŚCI?

a wy kochani wyjdźcie na słonko, do lasu,

przestańcie zatruwać się fluorem!!!!!!!!!!!!! glutaminianem sodu, aspartamem itd

jedzcie zdrowo uśmiechajcie sie SPORT na świeżym powietrzu, wyprawy małe i duże

i uwierzcie w Boga czytając Jego Słowo każdego dnia

MNIE TO DAŁO NA NOWO SIŁĘ ŻYCIOWĄ

WYJDŹCIE DO LUDZI, ROZMAWIAJCIE, RADOŚĆ (początkowo nawet na siłę) PŁYNĄCA Z WAS BĘDZIE PRZYCIĄGAĆ INNYCH i koło się zazębi:p

powodzenia!

Lexapro

mi też się nic nie chce. wkurwia mnie wieczne pieprzenie babki i matki o chujowych ocenach i innych pierdołach. wkurwiam sie jak tylko slysze ich glos. najgorsze są niedziele. nawet kurwa do kolezanek jechac mi sie nie chce. nawet jesc mi sie nie chce . nic mi sie kurwa nie chce. zaczyna mi sie cos chciec kiedy jestem pod wplywem alkoholu ale ja wytrzeźwieje to znowu mi sie nic nie chce.
i chuj.