Nieudacznica życiowa


Witam wszystkich zawiedzionych sobą, swoim życiem...
Od ładnych paru lat nie potrafie nic zrobić tak żeby było dobrze, nie potrafie zmobilizowac się żeby osiągnąć zamierzony cel co jest przyczyną mojej ciągłej depresji i wszystkich porażek życiowych.
Jestem studenktą I roku na Admininistracji. Jest to drugi kierunek jaki zaczynam bo pierwszy poje*ałam mimo tego, że był tym wymarzonym... Czemu to zrobiłam ? Nie wiem ... Uczelnia zła, ludzie z grupy źli, wykładowcy jeszcze gorsi .... Niestety naburmuszyłam się jak dziecko i uciekłam.
Kierunek obecny równiez mam w planach rzucić. Czemu ? Pewnie z tych samych powdów ... nie radze sobie, wykładowcy źli, nie potrafie się zmobilizować do pracy, wszystko mnie drażni...
A niestety nie mam żadnego doświadczenia zawodowego, nie moge znaleźć pracy co utwierdza mnie w przekonaniu że ze mną jest coś nie tak.
Mam 20 lat i do tej pory jestem sama. Wiem, wiem... Jak to możliwe ? A jednak ! Nie wiem czemu ale jestem. Dobija mnie to strasznie, nie mam nikogo kto by mnie wspierał, nie mam do kogo się wyżalić czy przytulić, jestem sama jak palec, ze wszystkim musze radzić sobie sama. Mam przyjaciółkę, kocham ją jak siostrę, ale nie potrafie jej powiedzieć co mnie tak naprawde gryzie, dodatkowo dobija mnie, że ona ma ta druga połówkę to wsparcie, którego mi brakuje.
Nie potrofię nic zrobić ze swoim życiem, żeby było piękne. Coraz bardziej zamykam się w sobie, izoluje od ludzi u których widze to szczeście i to powodzenie w życiu. Nie rozwijam swoich pasji, zaprzestałam malowania i rozwijania predyspozycji językowych. Dlaczego ? Nie wiem...
Nie potrafię odpowiedzieć sobie nawet na najprostrze pytania dlaczego jest ze mną jak jest. Wmawiam sobie tuzin rzeczy, że życie jest piękne, ale automatycznie włącza się bariera... "Gdyby było piękne to .... " i milion powód czemu ona takie nie jest, co mnie wpędza w depresje. Jedyne co potrafie to siąść i płakać.
Krótką mówiąc jestem nieudacznicą, wszystko potrafie spieprzyć.

Tak jak bym czytała o sobie...Mimo że dostałam się na bardzo dobry kierunek na dobrej uczelni wszystko pojebałam, może jeszcze pierwszy semestr jakoś mi szedł, ale drugi to już totalna masakra. Po zimowej sesji już nie mogłam się zmusić żeby dalej chodzić na zajęcia, cały ten stres mnie dobijał. Siedziałam w mieszkaniu i nie robiłam NIC, rzadko kiedy gdzieś wychodziłam, bo po co? Znajomi odzywali się tylko wtedy kiedy coś było im potrzebne, a spotykaliśmy się tylko z mojej inicjatywy, więc po pewnym czasie przestałam próbować....nie chciało mi się.
Później najgorsza była właśnie presja otoczenia, nie mogłam przyznać się rodzinie że zrezygnowałam ze studiów, chodziłam do bardzo dobrego liceum, wszyscy z mojej licealnej klasy dostali się na najlepsze polskie uczelnie....tylko ja jako jedyna z nich wszystkich nie zdałam pierwszego roku. Prawie wszyscy wzięli w tym roku drugi kierunek, nie wiem jak są w stanie sobie z tym radzić, jak to ogarniają i co najważniejsze....jak im się w ogóle chce?!
Teraz zaczynam od nowa, inny kierunek, ale do jasnej cholery dzieje się to samo co rok temu...tyle że nie po semestrze, a już po 3 miesiącach. Nie mogę się zebrać do nauki, nie chce mi się wstawać na wykłady, ciągły stres, nie widzę w tym sensu......nie zdam sesji - jestem 2 lata w plecy.
Coraz częściej myślę o tym żeby po prostu wyjechać, rzucić te beznadziejne studia bo przeraża mnie schemat w jaki potulnie i dobrowolnie daje się wpisać...
szkoła -> studia -> praca -> rodzina -> ...itd.
nie chce się bawić w ten cały zasrany wyścig, ale nie mam odwagi zrobić pierwszego kroku w innym kierunku...
O matko dokładnie to samo co u mnie, ledwo minęły 3 miesiące a ja mam dość tej uczelni ... stres związany z matmą przede wszystkim :/ w ogóle z tym, że jak teraz to zawale to opinia publiczna mnie pogrzebie, rodzina to samo... ;/
sama chciałabym zrobić ze sobą coś innego, zawsze czułam, że bycie sztampową osobą nie jest dla mnie, ale nie mam odwagi na ten I krok ... :(
O matko dokładnie to samo co u mnie, ledwo minęły 3 miesiące a ja mam dość tej uczelni ... stres związany z matmą przede wszystkim :/ w ogóle z tym, że jak teraz to zawale to opinia publiczna mnie pogrzebie, rodzina to samo... ;/
sama chciałabym zrobić ze sobą coś innego, zawsze czułam, że bycie sztampową osobą nie jest dla mnie, ale nie mam odwagi na ten I krok ... :(
Chyba rozumiem Ciebie. Wiele z tego, co napisałaś, idealnie pasuje do mojego życiorysu. Wszyscy wokół mnie wiedzą już, kim chcą być, jaki zawód wykonywać, a ja wiem tylko, czego robić nie chcę. Po dwóch tygodniach uciekłem ze studiów, które wcześniej (nim je zacząłem) uważałem (chyba wyłącznie na podstawie wyobrażeń) za jedyny wartościowy kierunek, jaki istnieje, a to co teraz zacząłem, nie interesuje mnie ani trochę, nie chcę mieć z tym nic wspólnego i najchętniej bym to rzucił od razu, ale nie mogę - presja otoczenia. na wykładach w ogóle nie słucham tych pierdół, w domu nie ćwiczę żadnych zadań (a jest to kierunek politechniczny, więc chyba powinienem, jak wezmę się za to, to nie będę musiał rzucać studiów – sami mnie wywalą w lutym). Znalazłem sobie inne zajęcie, które obiektywnie jest zupełnie bezsensowne i bezproduktywne, ale tylko ta jedna rzecz nie wpędza mnie w totalny marazm i nie wywołuje we mnie poczucia gnuśności i bezcelowości - uczę się sam od podstaw nowego języka obcego. I co ciągle słyszę? - „Nie zaśmiecaj sobie tym głowy! Rób zadania!”.
No i oczywiście jestem sam. Od zawsze i chyba na zawsze, bo jakoś nie widzę realnych szns, by to zmienić. Miliony osób mają kogoś ot tak, po prostu – i to jest takie oczywiste, naturalna kolej rzeczy. Mnie ta kolej chyba omija; jest tak, jakby inni żyli w oazach, a dookoła mnie wszędzie i bez ustanku – tylko pustynia.
"Presja otoczenia" - to dobre określenie na to co dookoła słysze, widzę na mój temat. Sama równiez czekam do lutego, i mam nadzieje, że finał tej żałosnej historii ze studiami będzie akurat wtedy.
Dobrze czytać, że znalazłeś sobie zajęcie, które poprawia Ci somopoczucie ... Good for you :)
"No i oczywiście jestem sam. Od zawsze i chyba na zawsze, bo jakoś nie widzę realnych szns, by to zmienić. Miliony osób mają kogoś ot tak, po prostu – i to jest takie oczywiste, naturalna kolej rzeczy. Mnie ta kolej chyba omija; jest tak, jakby inni żyli w oazach, a dookoła mnie wszędzie i bez ustanku – tylko pustynia."
So fucking true. Każdy ma kogoś, tak jak piszesz naturalna kolej rzeczy, ludzie się schodzą rozchodzą a u mnie konstans i tak zostanie chyba na dłuuuugi czas.
Może to dziwne, ale fajnie czytać że ktoś ma podobne życiowe rozterki, bo tak to człowiek mysli że jest tym wyrzutkiem społeczeństwa, bez jasno okreslonego celu tylko z milionem pomysłów na ciągłe zmiany, co sprawia, że czuje sie źle bo nie pasuje do otoczenia... Nie wiem jak ty ale czasami widze w ludziach gdy na mnie patrzą tą litość łaske sama nie wiem jak to nazwać, że ciągle jestem sama a do tego nawet nie potrafie nic skończyć co zaczełam ... :/ Boli i to cholernie, czasami jest mi wstyd a czasami próbuje sobie wmawiać, żeby się nie przejmować... nie jesteś jak wszyscy. Ale z każdym uświadamiam sobie, że jestem w czarnej dupie i nie wiem jak z niej wyjść :/
http://www.so-depressed.eblog.pl/
Zapraszam wszystkich na mojego bloga. Może znajdziecie w nim cząstkę siebie i wspólnie rozwiążemy nasze problemy :)